Październik 01 czwartek 2020

Aktualności:

,,Do trzech chłopów sztuka” – skończona! Premiera w styczniu 2021

Stało się, najnowsze dziełko ukończone! Poniżej pierwsze dwie strony, reszta w księgarniach z Nowym Rokiem…

,,Jeśli chodzi o sztywne męskie członki, Matylda Dąbrowska, jako lekarka medycyny sądowej, widziała ich w swoim życiu całe mnóstwo, ale zbytnio się nimi nie podniecała. Gorzej było z tą sztywnością, wielością i podniecaniem na żywo. W jej życiu osobistym penisy jakoś nie chciały się mnożyć, a te, które się przez to życie przewinęły, były jednak stanowczo zbyt giętkie.

Podobnie jak kręgosłupy moralne ich właścicieli…

A już twardy penis i twardy kręgosłup w jednym osobniku to zupełny ewenement – Matyldzie tego luksusu dane było zaznać tak naprawdę tylko raz, i to niechcący, wiadomo przecież, co alkohol robi z człowiekiem. W tym samym czasie jej drugie małżeństwo padało już na łeb, szyję, pysk i co tylko (więc w zasadzie to nie była zdrada, tylko zwykłe odreagowanie), jednak i tak uznała, że zachowa to doświadczenie na dnie swojego kobiecego jestestwa, ale ze stałego korzystania z bogactw naturalnych swojego kolegi z pracy zrezygnuje. Z perspektywy czasowej decyzja wydawała się dość rozsądna, tym bardziej, że właściciel penisa o twardości granitowego nagrobka sam pozostawał w związku małżeńskim i od razu uczciwie zaznaczył, że żony nigdy nie zostawi, choć Matylda jest absolutnie fantastyczna.

Wygrał rozsądek, ale żal i tęsknota zostały, popiskując żałośnie z głębi zasnutego pajęczynami Matyldowego łona, które powoli zaczynało przypominać zatęchły i opuszczony loch. Bo można marudzić, że seks jest przereklamowany, można sobie wmawiać, że są rzeczy o wiele ważniejsze, ale kiedy spotka się kogoś, z kim można odstawiać w łóżku, a nawet pod nim, dzikie harce, a potem do białego rana dyskutuje się na przykład o filozofii albo eutanazji, do kobiety dociera bardzo prosta prawda.

Dobry seks to dobre życie.

Matylda zapamiętała sobie tę krótką lekcję i kiedy niedługo potem wyszło na jaw, że jej mąż wywinął swoim MIĘTKIM członkiem niejeden numerek (słowo „numer” zarezerwujmy jednak dla dzieł i monumentalnych), coś w niej pękło.

To ona poświęca swoje rozbuchane libido na ołtarzyku małżeństwa, pichci obiady, wraca grzecznie po pracy do domu, chodzi na zakupy, prasuje koszule, słowem: wiedzie nudne życie kury domowej, a jej małżonek zwyczajnie się puszcza? Jeszcze gdyby się zakochał, Matylda byłaby to w stanie pojąć, ale skakanie z pielęgniarki na pielęgniarkę, ze studentki na studentkę, jak to określiła w poufałej rozmowie siostra oddziałowa?

Pewnie od lat śmiał się z niej cały szpital…

Ból i upokorzenie wypływały z Matyldy potokami łez przez cały tydzień (małżonek, na szczęście, był w tym czasie na zjeździe farmakologów w Czechach), a potem jej wnętrze skamieniało. Dobrze, znowu poniosła porażkę. Mąż numer dwa również okazał się niewypałem. Oczywiście brała pod uwagę, że to z nią jest coś nie tak i obiecała sobie, że zasięgnie rady psychologa, ale pod koniec najgorszego tygodnia w swoim życiu spakowała kilka walizek i z poczuciem przegranej wyniosła do mieszkania na osiedlu Tysiąclecia, które udało się jej wynająć od koleżanki z pracy na bardzo korzystnych warunkach.

I podjęła decyzję.

Nie będzie już zawsze miła, grzeczna i akuratna.

Koniec z tym.

ZOSTANIE PUSZCZALSKĄ ZDZIRĄ, która będzie korzystać z życia, zanim stuknie jej czterdziestka (a do przekroczenia tego Rubikonu brakowało zaledwie dwóch lat).

Od postanowienia minęły żałosne cztery dni, które kandydatka na zdzirę przeleżała w obcym mieszkaniu, to wgapiając się w laptopa (do pracy nie była w stanie pójść, wzięła trzy tygodnie zaległego urlopu), to awanturując się przez telefon z małżonkiem, który nie tylko nie okazał skruchy („Faceci tak po prostu mają, przecież żadnej z nich nie kochałem, przestań histeryzować!”), ale jej sugestię rozwodu wyśmiał i oświadczył, że skoro postanowiła go ukarać, to do odwołania tego „teatrzyku” nie ma prawa zabrać żadnej zostawionej w domu rzeczy, włączając w to nie tylko ubrania, ale i nowiutki samochód, który zakupiła zaledwie kilka miesięcy temu.

I pewnie Matylda leżałaby tak przed komputerem w nieskończoność nieświeża i oklapła niczym worek gnijących w piwnicy ziemniaków, gdyby nie nałożyły się na siebie dwa fakty. Jeden miał związek z oglądanym na Netflixie serialem hiszpańskim Dom z papieru i jego główną bohaterką, Rachel Murillo, negocjatorką, która z nikim się nie patyczkowała, nie przepraszała wszystkich, że żyje, ale potrafiła się obronić, czy to za pomocą ciętego języka czy giwery. Była naprawdę ostra, a jednocześnie… kobieca i prawdziwa, co wnosiło w życie niektórych mniej ostrych lasek powiew świeżości. Matylda podczas tych upiornych dni obejrzała wszystkie trzy sezony i z chwili na chwilę robiło się jej lepiej, zaczęła też wzbierać w niej coraz większa złość, a koszmarne poczucie winy w końcu oddaliło się od niej kurcgalopkiem. Wczoraj nawet doszło do tego, że oznajmiła Sebastianowi, żeby wsadził sobie jej nowe auto w odbyt.

Kupi sobie nowe.

Bez łaski.

Drugi fakt miał związek z przeglądanym odruchowo katalogiem materiałów budowlanych: wśród produktów mignęło Matyldzie opakowanie wełny szklanej i to było jak OBJAWIENIE!

Jak feeria świetlistych barw, jak eksplozja wibrującego w powietrzu confetti.

Ależ wełna szklana to tysiące drobnych igiełek, które wchodzą upierdliwie pod skórę, kłują i ogólnie nie dają żyć i gdyby takiej wełny szklanej, przecież niewidocznej, napchać po cichu do wszystkich gaci Sebastiana – zdrajcy, łajdaka i złamanego fiuta…

Tak, ręka sprawiedliwości sięgająca poziomu moszny to by było coś!”

Rys. A. Tylkowski

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska