,,Trudno było ten zakątek nazwać miejskim skwerkiem, bo teren wyglądał raczej na zaniedbany wybieg dla koni, ale pod drzewami znajdowało się trochę cienia. Nie tylko oni wpadli na podobny pomysł – na ziemi siedzieli też inni amatorzy relaksu. Było gwarnie i wesoło. Przy ulicy stał ocieniony kolorowym parasolem stolik. Na nim ciemnoskóry mężczyzna wypiekał placki chapati, które rozsiewały wkoło zapach przypalonego ciasta. Można też było tu nabyć jakiś zielonkawy sok, sprzedawca nalewał go do plastikowych kubków. Lutka wolała jednak nie ryzykować. Usiadła na trawie i wyciągnęła z plecaka butelkę wody mineralnej.

— Dam Frydze pić, a potem porobimy trochę zdjęć, zgoda? Siadaj, co tak stoisz?

Cezary nie zdążył do niej dołączyć.

Naraz wydarzyły się bowiem dwie rzeczy.

Najpierw Lutka odwiązała sznurek, który unieruchamiał drzwiczki klatki, a w tym samym czasie jeden z siedzących nieopodal mężczyzn zaczął śpiewać i miarowo uderzać w jakiś drewniany łomoczący instrument z taką siłą, że aż zapiszczało im w uszach.

Może Frygę przestraszyły nieoczekiwane dźwięki?

A może znudziło ją siedzenie w zamknięciu?

Dość, że jednym zwinnym susem wydostała się z więzienia i z prędkością światła pomknęła w stronę ruchliwej ulicy.

Konsternacja trwała kilka sekund.

Lutka siedziała dalej w miejscu jak sparaliżowana, a Czarek stał, nie wiedząc, czy powinien się rzucić w pogoń za oszalałym zwierzem, czy ustalić z jego właścicielką plan działania. W głowie Lutki zdążył się już tymczasem włączyć potężny sygnał alarmowy.

— Fryga! – wrzasnęła i nie patrząc na samochody, również rzuciła się przed siebie.

Czarek przyglądał się w napięciu, jak lawiruje między autami. Ktoś zatrąbił, ktoś wyhamował.

Była cała!

Co za ulga…

Dotarła na kawałek zieleni dzielący Moi Avenue na dwa pasy i wpatrywała się w słup elektryczny, od którego odchodziło mnóstwo zwisających nad jezdnią kabli. Na jednym z jego ramion służących za latarnię siedziała skulona Fryga. Nie! O kotach słyszał, koty włażące gdzieś na wysokości widział osobiście. Ale żeby tchórzoszczur wlazł na słup? Na metalową śliską rurę? Może Fryga wykręciła ten numer pod wpływem szoku? Facet obok dał akustyczny popis, ale żeby na słup? Fretka? Zaraz jednak powtórzył w myślach powiedzenie: ,,Jaki pan, taki kram” i przestał się dziwić. Gdyby tak machnąć na chodniku rurę go-go i postawić przy niej Lutkę w jakichś wisienkowych majtaskach z koronką…

— Czareeeek! – zazgrzytało mu w uchu od krzyku rozpaczy.

Prześlicznie, za długo nic się nie działo. Żesz cholera jasna!!! Złapał za klatkę, plecak i podbiegł do ulicy. Kiedy już znalazł się przy Lutce, miał ochotę sprać ją na kwaśne jabłko. Za to, że znowu coś wymodziła! Przełożyć przez kolano i…

— Co teraz? – Lutka wyglądała na przerażoną. – Jak ją stamtąd ściągniemy?

— Słuchaj, mała – zignorował pytanie. – Ja jestem wrażliwy chłopiec. Ty mnieostrzegaj, jak się zamierzasz rzucać pod koła. Żebym się nastawił psychicznie. Ostrzegaj mnie!

— Czarek. Co z Frygą?! Ona się boi! Zaraz spadnie!

Zaczerpnął powietrza.

— Jakieś przysmaki masz?

— Wszystko w torbie. Jedzie do hotelu.

— Jasne… Może zeżre to?– wskazał na rosnący obok krzew. – Pomachasz liściem.

Lutka nie odpowiedziała, za to obdzieliła go spojrzeniem, w którym wyczuwało się zirytowanie i pretensję. Zaczęła znowu nawoływać pupilkę, ale bez skutku. Fryga ani myślała zejść. Marnie to wyglądało. Co prawda nigdy nie widział przerażonej fretki, ale coś, co się trzęsie i giba, czepiając się metalowego drąga…

– Ona zaraz spadnie! – słyszał ciągle powtarzany płaczliwy refren. – Spadnie, spadnie.

Hm, gdyby Fryga spadła, jak nic wylądowałaby na jezdni. A tam zamieniłaby się w krwawy, pełen srebrnej sierści kotlecik. Mało apetyczna wizja.

— Poczekaj, zastanawiam się – próbował uspokoić Lutkę.

— Na co poczekaj?! Ja tam włażę! Albo ty właź!

— Gdzie? Zgłupiałaś?!

— Wiem! – Nie doszło do kłótni tylko dlatego, że Lutkę olśniło. Zaczęła gorączkowo rozwiązywać węzeł sukienki, którą kupiła od jednej z Turkanek w Loiyangalani. Sukienka była po prostu kolorowym i bardzo długim pasmem materiału. Tak długim, że…

— Co ty chcesz zrobić? Kobieto!

— Przerzucimy to nad lampą. Fryga po tym zejdzie.

— Jak to przerzucimy? To jest za lekkie!

— Z jednej strony przywiążę sandał. – Lutka już najwidoczniej wszystko przemyślała. Właśnie kończyła odplątywanie materiału. Jeszcze jeden ruch ręką…

— Cholera! Ty goła jesteś! – wykrzyczał zdenerwowany teraz już nie na żarty.

Zdaje się, że nagość była tu źle widziana. Oby się mylił, ale coś mu świtało, że za obnażanie się można w Kenii popaść w konflikt z prawem.

— Jaka goła? Strój kąpielowy to goła?!

Zaklął mało wybrednie. Kątem oka dostrzegł, że na chodnikach zaczęli się już gromadzić gapie. Głowy wszystkich prowadzących pojazdy również obrócone były tylko w jednym kierunku. W kierunku Lutki przyodzianej w skąpe bikini. Cud, że nikt jeszcze nie spowodował wypadku. Może niech ta wariatka włoży jego koszulkę? Facet z gołym torsem wygląda mniej gorsząco niż baba w majtkach i staniku prezentująca swoje krągłości na głównej ulicy miasta. Odłożył plecak, klatkę Frygi i ściągnął podkoszulek. Teraz i on należał do klubu obanażaczy.

— Ubierz się – rozkazał, ale Lutka nawet nie zauważyła wyciągniętej w jej kierunku ręki.

— Masz. Rzuć to! – podała mu but wraz ze zwojem tkaniny.

— Ja chyba śnię…

— Rzucaj!

I stało się.

Rzucił butem i usłyszał gwizdek policjanta. Samochody zahamowały, a przedstawiciel prawa, krzycząc ,,Stop!”, przemaszerował przez całą szerokość jezdni i zatrzymał się obok nich z miną niewróżącą niczego dobrego.

Nie koniec na tym.

Lutka popatrzyła na zgromadzoną wokół widownię. W najwyższym zdumieniu zatrzymała na kimś wzrok. Pobladła, zatrzepotała rzęsami i wydukała:

— O nie…

W tej samej chwili Fryga uczepiła się dyndającego w wilgotnym powietrzu materiału i zjechała po nim wprost w objęcia Czarka. Wbiła mu przy tym oczywiście komplet swoich ostrych pazurów w kaloryfer umięśnionego popiersia i ciach-ciach, załatwiła go na Bruce’a Lee.

Krew siknęła cienkimi strużkami.”

 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska