francuski-piesek

Misia zostaje właścicielką uroczego domku i dużego ogrodu, ale musi zakasać rękawy i sama zająć się remontem. Niestety nie może liczyć na swojego ukochanego, bo ten ma mnóstwo pracy. Za to do pomocy jest chętny nowy sąsiad – Luk, wyśmienity kucharz, z pochodzenia Francuz.

Misia chciałaby mu wynagrodzić starania, dlatego przygotowuje uroczystą kolację. Poda żaby i ślimaki, ale najpierw musi je złapać… Jakby tego było mało, przygarnia pod swój dach byłą kochankę swojego byłego męża i odtąd na Akacjowej zaczynają się dziać dziwne rzeczy…
Tymczasem przyjaciółka Misi, Zuza, usiłuje zdobyć prawo jazdy, nie zamierza jednak zdawać kolejnego egzaminu! Schodzi więc na drogę przestępstwa. Nie ona jedna w tym towarzystwie…

Coq au vin czy trup podany sauté? Kuchnia francuska i przestępcy, a do tego tajemnica starego domu – mieszanka co najmniej pikantna! Komedia kryminalna Marty Obuch to obowiązkowy punkt każdego dobrego menu.
Mniam!

Wydawnictwo FILIA, 2016

fragmenty:


cytaty:

Marchewka pociągnął piwka z samego dna i stwierdził, że z dna najlepsze.

One przecież ZAWSZE chcą NA ZAWSZE.

Igła z Marchewką wymienili się na korytarzu spojrzeniami i wszystko stało się jasne.
Jasne, pełne i długo warzone.

Na popołudniowym niebie roiło się od popiskujących jerzyków i zmianę pogody wyczuwały nie tylko ptaki. W powietrzu coś wisiało. I nie chodziło o latające przy ziemi owady. Raczej o pewnego rodzaju nerwowość, która rodziła się wysoko, w chmurach, gdzie przeskakiwały ładunki elektryczne, gdzie niże i wyże prały się po gębach, chlały, a człowiek za te zakrapiane imprezy słono płacił.

Najczęściej bólem głowy.

(…) nie miała jeszcze trzydziestki, podła. Ale co się dziwić, jak facet zmienia obiekt, licznik zwykle bije w dół; trądzik w tym przypadku zawsze wygra z menopauzą.

– Ty masz być Heroiną sypialni, hurysą albo wtórną dziewicą, do diabła, a nie mamusią.

– Wtórnym czym?!

– A co, jak jest wtórny analfabetyzm, to nie może być wtórnego dziewictwa?

Nie był dzieckiem, doskonale wiedział, że czasy wierności aż po grób przebrzmiały wraz z epoką Gorbaczowa (dziś te legendy opowiadano tylko w Radiu Maryja i na innych ambonach), a potem nastał Internet i odtąd pewne kanały komunikacji stały się tak samo dostępne jak Żywiec Zdrój w plastikowych butelkach. Strzyknie cię w kroku, co za problem, wystarczy się zalogować. Różnorakich portali jest cała masa, byle tylko mieć sztywne łącze.

Łącze sztywne, za to kręgosłup może być miękki.

– Ojej! – zawołała głosem Ryszardy: zachwyconym kwileniem łabądka, który odłączył się od mamusi i obadał cały staw pełen zgniłych badyli.

Ludzie dzielą się na takich, którzy mają pazur, i na takich, co obgryzają paznokcie.

Jednak niepowodzenia losu przyjmowała z pokorą, godziła się na odgórnie ułożony porządek rzeczy, ponieważ już dawno doszła do wniosku, że cokolwiek by się nie zdarzyło, będzie dobrze – mimo że brzmiało to jak banał. Może tego „dobrze” nie było widać od razu, ale nie zawsze jest ważne, co się ma, ale co się z tym zrobi.

Bo można mieć diament i wrzucić go do rzeki.
A można mieć kozie bobki, zrobić z nich naszyjnik i upchnąć na Allegro jako ekologiczne korale.

Już, bierzemy się do pracy, nie ma się co zastanawiać nad życiem. Jak się za dużo myśli, to się wymyśla.

Obowiązki, kłopoty – ostatnio im więcej myślała, tym częściej odnosiła wrażenie, że dochodzi do granicy wytrzymałości, bo że każdy, nawet Dalajlama, ma swój poziom, powyżej którego mu wywala korki, to fakt.

Ryszarda również.

Tuż przed dwudziestą pojawiła się w salonie ubrana w sukienkę będącą żywą reklamą kwiaciarni albo spółdzielni wiejskiej, bo maków, tudzież pszenicznych kłosów na materiale nie brakowało. Po jej szyi i wylewającym się z dekoltu biuście wiły się jakieś liany, które były chyba rodzajem artystycznego naszyjnika, cholera wie. Pióra, kwiatki, listki – w całym tym łąkowym badziewiu brakowało tylko dojarki dla krów, taka Ryszarda była wiosenna i mleczna.

– Może być? – zapytała skromnie. – Za bardzo nie wiedziałam, jak się ubrać. Taka okazja…

– Łączę się z nią w bólu przez „u” otwarte – jęknęła na stronie Zuza.

Tylko…

Gdzie ją zabrać?

Myślał o tym całą drogę do Chorzowa, myślał i myślał, ale nic nie wymyślił.

– Gdzie można zabrać kobietę? – zapytał więc Igłę, który w skupieniu jechał Wschodnią. Akacjowa była na obserwację zbyt krótka, od razu zostaliby zauważeni, za to sąsiednia ulica stwarzała możliwości. – Takie typowo kobiece miejsce… I żeby były fotele.

– Ginekolog?

Podobnie jak ze zbieraniem chrustu. Ktoś idzie i podnosi gałązkę. Jedna gałązka, co tam gałązka, za wiele nie waży, więc się zbiera i zbiera, a że wszystko trwa w czasie, człowiek nie czuje ciężaru, choć ledwo powłóczy nogami. Dopiero jak się ten ciężar zrzuci…

Człowiek strzela, a Pan Bóg kule i plemniki nosi.

– Boże, wygląda jak maskotka Straży Pożarnej – Zuza wyjrzała dyskretnie zza okna i z uciechą zarejestrowała, że Ryszarda, cała w czerwieni, prezentuje się jednak nie najlepiej. Makijaż w proszku, sukienka przekrzywiona, nogi jak banie. – Tylko jakaś taka porzucona w lesie i wymemłana przez grzybiarzy…

Miłość to nie kalkulacje.

Kalkulują tchórze albo emocjonalne kaleki. A Marchewka nie był kaleką – wiedział, kim jest i czego chce. Mówiąc o swoich uczuciach, niczego nie ryzykował i niczego nie zamierzał udawać. Przecież o to chodzi w zaufaniu. Człowiek niesie przed sobą duszę, może małą i pokraczną, ale oddaje ją drugiej osobie z nadzieją, że ta jej nie podepcze i nie wyrzuci. A jeśli wyrzuci, cóż, nikt nie obiecywał, że w barze zawsze będą frytki i coca-cola.

Piotrek Marchewka wiedział jedno.

Jak się chce wygrać z przestępcą, trzeba od czasu do czasu zamienić białe rękawiczki na rękawice bokserskie.

Stanisława Gąsiorowska była osobą przed sześćdziesiątką, ale ciekawości świata i pasji miała w sobie w ilościach odwrotnie proporcjonalnych do piętnastolatka z pokolenia Y, który zwiedzał Kraków za pomocą Street View.

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska