Misia już dawno odkryła, że kłopoty wcale nie chodzą parami.

Chodzą całymi tabunami.

Na pocieszenie – szczęście również się rozmnaża, dlaczego płodne miałyby być tylko nieszczęścia? Wystarczy przeczekać i wierzyć, że droga wiedzie nie tylko w dół; za zakrętem na pewno wyrasta góra, nie może być inaczej.

A czynnik sprawczy?

Jeśli ktoś miał pewność, że potrafi odwrócić bieg każdego wydarzenia, Misia życzyła mu wszystkiego najlepszego. Sobie nie przypisywała aż takiej roli (w związku z czym schodziło z niej trzy kilo stresu), choć nie należała do osób, które składają broń i sądzą, że kijem Wisły nie zawrócą. Jakiś tam kijaszek posiadała i w miarę możliwości starała się nim machać. STARAŁA SIĘ. Jednak niepowodzenia losu przyjmowała z pokorą, godziła się na odgórnie ułożony porządek rzeczy, ponieważ już dawno doszła do wniosku, że cokolwiek by się nie zdarzyło, będzie dobrze – mimo że brzmiało to jak banał. Może tego „dobrze” nie było widać od razu, ale nie zawsze jest ważne, co się ma, ale co się z tym zrobi.

Bo można mieć diament i wrzucić go do rzeki.

A można mieć kozie bobki, zrobić z nich naszyjnik i upchnąć na Allegro jako ekologiczne korale.

Misia zachichotała w duchu, wyobrażając sobie reakcję Zuzy na tak malownicze porównanie, ale kiedy się pracuje całą noc, umysł płata figle. Nie potrafiła zasnąć. Zamiast więc zamartwiać się o swój związek z Igłą, zamiast analizować wypadki wieczoru, kiedy to nad Akacjową zawisło złowrogie fatum, wolała zająć się konkretem.

I pożytkiem społecznym.

Od popatrywania na kocie zwłoki nie przybywało jej spokoju, więc zaczęła właśnie od tego. Wyposażona w gumowe rękawice zakopała kotkę pod płotem, przyklepała kopczyk, a potem wyszorowała drzwi i schody domku – w ten sposób po rozegranej tragedii nie został nawet ślad. Później pod wpływem impulsu przekopała pod bramą pas ziemi, który ułożył się po jej zmaganiach w sporą grządkę. Po wszystkim spocona i umazana jak nieboskie stworzenie wzięła gorący prysznic, a o czwartej nakarmiła przebudzone kotki. Kiedy za oknem zaczęło świtać, Misia postanowiła się już nie kłaść i nastawić dżem. W międzyczasie skoczyła jeszcze do pani Halinki, po pieczywo.

O ósmej do kuchni tonącej w aromacie goździków i smażonych moreli weszła Ryszarda.

– Ależ tu pachnie! – krzyknęła, zerkając do piekarnika, gdzie stały jeszcze gorące słoiki, więc Misia zaproponowała jej śniadanie.

– Masz ochotę na rogalika z dżemem morelowym?

Ryszarda obtuliła się szlafroczkiem i zamrugała powiekami, które już teraz uginały się pod ciężarem niebieskiego cienia. Podobnego koloru były także jej kapcie zwieńczone wielkim puszystym pomponem.

– Podziwiam cię, tyle tu robisz. I zawsze coś pysznego ugotujesz – zaszczebiotała. – A mnie mama zawsze mówiła, żebym się trzymała z daleka od garów.

Misia uniosła w zdziwieniu brwi, bo krzątanie się w kuchni sprawiało jej przyjemność, swoje dzieci też by do tego zachęcała.

– Poważnie? Jak to?

– Yhy, poważnie… Mówiła, że jak wejdę między gary, to mi tak zostanie do końca życia. I jak będę umiała robić wszystko, trafi mi się facet, który nie będzie umiał robić nic.

Misia stanęła pośrodku kuchni lekko ogłuszona, a Ryszarda z niefrasobliwym uśmiechem obłożyła rogalika dżemem i załamywała ją dalej.

– Naprawdę, to podobno tak działa.. Więc nie trzeba się ujawniać. Chyba że od czasu do czasu, a wtedy facet jest taki zachwycony, że ojej.

– I… tak robiłaś z Hardym? – Misia spytała chyba tylko po to, żeby się ostatecznie dobić.

– Od samego początku. – Ryszarda odgryzła ze smakiem kolejny kęs. – Z tym że wtedy nie lubiłam gotować, więc się fajnie składało. Ale się uaktywniałam – wyznała. – Przecież wymyśliłam kociołek smakosza.

– I tylko… kociołek?! – Misi przeleciały przed oczami potrawy, jakie stawiała przed Henrykiem, a były to dania, nad którymi mógłby się pochylić niejeden szef kuchni. Igły też nie trzymała na suchym chlebie, wymyślała rozmaite przepisy, żeby sprawić mu przyjemność.

I co jej z tego przyszło?…

– Tylko kociołek – zapewniła z rozbrajającą szczerością Ryszarda. – A raczej aż, to przecież bardzo skomplikowana potrawa. Na dno wrzucałam indyka albo kurczaka, czasem wołowinę. Potem, kiedy mięso już było prawie gotowe, dodawałam ziemniaczki, a górę też zmieniałam, żeby Hardy miał urozmaicenie. Brokuły albo marchewki. Czasem trafił się kalafiorek.

– I on… nie był zły?

– Czemu zły? Przecież to czysta oszczędność czasu. I pieniędzy, bo do zmywania jest tylko jeden garnek. Poza tym się starałam. Od czasu do czasu…

– A w międzyczasie?!

Ryszarda z fantazją nalała sobie do słoika kawy.

– On gotował.

– Henryk gotował?!

– Yhy… Albo chodziliśmy do restauracji.

Pomocy!

A jeśli Zuza miała rację, jeśli trzęsła się nad Igłą jak matka? Matkę się szanuje, owszem, ale kiedy się samemu założy rodzinę, czyli w praktyce – po kilkudziesięciu latach!

Misia przysiadła na krześle, siły całkiem ją opuściły.

– Ale ty jesteś najwspanialszą gospodynią na świecie! – zapewniła ją z atencją Ryszarda i Misia poczuła się niniejszym mianowana na frajerkę roku. – Jesteś dla mnie taka dobra, że zupełnie nie wiem, jak ci się odwdzięczę…

– Zapomnij o odwdzięczaniu. Na tym chyba polega pomoc, że się nie oczekuje zapłaty. – Misia westchnęła.

Miała nad czym myśleć…

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska