lopata-do-serca-okładka

Michalina jest żoną mafijnego bossa. Problem w tym, że jako jedyna nie ma o tym pojęcia. Prawdę poznaje w dość dziwnych okolicznościach, bo najpierw zostaje przypadkowo porwana, a kiedy wraca w nocy do domu, stwierdza, że mąż grzeje celę w areszcie, a ona ma na stanie nieproszonego gościa. Okazuje się, że małżonek zawarł ze swoim wspólnikiem, Igłą, umowę: gdyby go aresztowano, Igła ma się przeprowadzić do jego domu i strzec żony. Czy w takich okolicznościach serce może zabić mocniej? Przyjaciółka Misi – Zuza – uważa, że tak. Nawet jeśli Igła jest przestępcą zamieszanym w największą w Polsce kradzież diamentów. Przecież można odzyskać diamenty, wysyłać mężowi paczki do więzienia i kochać swojego nowego lokatora, ile wlezie. W międzyczasie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spuścić mu manto łopatą albo podzielić mieszkanie na sektory i wymalować linie graniczne za pomocą pasty do zębów. Przynajmniej będzie wesoło!

Książka nominowana przez CZYTELNICZKI do Nagrody Pazur na Festiwalu Literatury Kobiecej ,,Pióro i Pazur” w Siedlcach (2014).
 

Wydawnictwo REPLIKA, Kraków 2013

fragmenty:


cytaty:

Śnieżka wyprostowała się naraz, zmiażdżyła tamtą spojrzeniem i uniosła palec pogrubiony o rękawicę usmarowaną białą farbą. Spodziewał się teraz jakiejś filozoficznej refleksji, która naświetliłaby mu nieco przebieg wydarzeń, ale Śnieżka wyrzekła jedynie z namaszczeniem:

– Pierdu-pierdu!

– Zuza, czy ty spotkałaś kiedyś faceta, który sprząta i gotuje?

Przez dłuższą chwilę w słuchawce brzęczała cisza, potem Misia usłyszała czknięcie.

– Gej czy właściciel hotelu?

Rzucił Gutkowi uspakajające spojrzenie i wysiadł z auta. Przez chwilę zbierał się w sobie, bo jednak baba zbiła go z tropu tym swoim nabzyczeniem. Co innego rozmawiać z osobą zrównoważoną i konkretną, a co innego podchodzić do kobiety, przez którą przetacza się burza uczuć.

Uczucia, zwłaszcza wezbrane, wyolbrzymione i ckliwe – to grząski teren.

Coś jak łąka pełna krowich kup.

Nie dość, że śmierdzi, to i tak wiadomo, że się w coś wdepnie.

W tej samej chwili do salonu wkroczył Kuba. Wesoły jak skowronek.

– Witam panią – obciągając bokserki, ukłonił się szarmancko, i pomaszerował do łazienki. Czuł się na tyle swobodnie, że nie omieszkał się przedtem podrapać po… wiadomo czym. Ten zupełny brak krępacji, całkiem wyprowadził Misię z równowagi.

– Coś swędzi z rana? – rzuciła zjadliwie. – Może jakieś grzybki?

– Za grzybki dziękuję – doleciało ją pokrzykiwanie z łazienki i zastanowiła się, czy nie słyszy w tym uciechy. – Ale jajeczniczki nie odmówię!

– Ty się nie ekscytuj, że on nie trzyma z Henrykiem, bo jak nie z nim, to trzyma z jakimś innym burakiem. I to ćwikła, i to ćwikła. A już najgorzej jak burak myśli, że jest szparagiem…

W przedpokoju poniewierały się wszędzie kawałki szkła i czerwone strzępy jakiegoś czegoś. Buraczki albo czerwona kapusta. Upaćkane były tym nie tylko ściany, ale i stojący w przedpokoju olbrzymi facet, który przycupnął grzecznie pod szafą i ściskał w obronnym geście łopatę. Ubrany był jedynie w bokserki ozdobione wydatnymi czerwonymi kropkami, a jego zszokowany wyraz twarzy upodabniał go do przedszkolaka z grupy Muchomorki, który poznał właśnie znaczenie słowa ,,moszna”.

– Skocz… Mi…

– Co?!

– Skoczylas Michalina, słucham. Wybacz, piłam wino.

Tamten doskoczył i usiłował zatkać jej usta, ale Misia nie po to intensywnie ćwiczyła na siłowni przez całą zimę, żeby sobie nie poradzić. Łopatę już straciła, ale spacyfikować się nie dała. Wyślizgnęła się zwinnie z miażdżącego uścisku i pobiegła do kuchni, myśląc o komplecie noży Fiskars, twardość 56 HRC, cokolwiek to miało znaczyć. Przed oczami widziała tylko jeden z nich i tylko jego pragnęła – nóż do siekania santuko. Podręczny tasaczek, z perforowanymi wgłębieniami. Cudownie ostry i doskonale układający się w dłoni.

Nada się!

– Przecież ktoś musi w tym domu zrobić śniadanie. A nie chcę się chwalić, ale takiej jajecznicy jak moja, jeszcze nie jadłaś.

Czy on mówił poważnie? Najwyraźniej. Przygotował sobie patelnię i właśnie buszował w lodówce, z której wyciągnął cebulę, cukinię, paprykę i pomidory w puszce. Wszystko ładnie, pięknie, ale czy on musiał robić to wszystko na wpół goły? Nie żeby męska nagość płoniła jej lico rumieńcem, ale akurat ta nagość wyjątkowo mocno na nią działała.

Misia usiadła więc bezwolnie przy stole i tylko patrzyła. W jej kuchni szarogęsi się olbrzymi facet. Z tych co to ,,tylko mnie gnieć”. Niby gruby nie był, ale uda miał tak umięśnione, że jedną taką nogą najadłaby się cała rodzina kanibali. A drugą by sobie ususzyli i byłby zapas na całą zimę. Do tego lekko odstający tyłeczek…

– Jaj nie wyciągnąłem! – zakrzyknął naraz, a Misia jęknęła i odruchowo zamknęła oczy.

– Co? – odwrócił się i przyłapał ją na gorącym uczynku. – Aaa… Świntuszka!

– Zuza, ja z nim pogadam.

– Gadać z gadem?!

– Jest tak… Jeśli wielbiłabym faceta i on by mnie zdradził, jednorazowo, to bym patałachowi darowała – Zuza nabrała w płuca powietrza. – A potem dyskretna i bezlitosna obserwacja. Gdyby był replay, to wiadomo. Goodbye me love, będą inni. Gdybym natomiast odkryła, że moje kochanie to pospolity dupołaz, sprawy obrałyby bardziej dramatyczny obrót – zakończyła i dziabnęła widelcem swoją porcję ciasta.

Włączyła czajnik i przemierzyła kuchnię tanecznym krokiem. Komisarz nie mógł oderwać wzroku od jej bioder, które na tle kafelek zataczały coraz to bardziej obiecujące kręgi.

– Kij ci w oko! – Zuza rzuciła pod nosem i już chciała się zbierać, ale widocznie coś się tam u góry przełamało, bo rozległ się znajomy rzęgot i winda ruszyła.

Facecik zakaszlał i również ożył. Podszedł bliżej.

– Pani cały czas mówi do…? – zawiesił znacząco głos i rozbawiony popatrzył w sufit.

– No, raczej nie do pana.

– Aha. Tak tylko chciałem się upewnić – dodał i chyba się uśmiechnął, ale Zuza już zdążyła odwrócić od niego wzrok. Chłopek był wzrostu kija od szczotki, a ona szczerze nie przepadała za Pigmejami. Umówmy się: mężczyznę musi być jednak widać. I to nie pod mikroskopem.

Co tak stoisz, jak gajowy w krzakach, właź!

W tej samej bowiem chwili nad ich głowami coś odrażająco zazgrzytało. Winda z niejakim ociąganiem pokonała jeszcze parę pięter, ale zaraz potem rozkołysała tak gwałtownie, jak gdyby rwała się na długo oczekiwaną wolność.

Po czym stanęła.

– I co? – Zuza zadarła głowę i przez chwilę kontemplowała sytuację, ale bynajmniej nie zamierzała robić za rozdygotaną lady w opałach. A tak by pewnie było, gdyby utknęła tu z rosłym osiłkiem i jego delikatnym ego. Na szczęście przy takim okruszku mogła być sobą, czyli kobietą zaradną, której nie przerazi wypróżniająca się w locie mucha a co dopiero popsuta winda.

– Dobra, najpierw zrobimy sobie kanapkę – oznajmiła, wyciągając z torebki kawałek kiełbasy, którym wymownie zagibała w powietrzu. Stres zawsze objawiał się u niej napadem głodu, całe szczęście, że była na taką ewentualność przygotowana. – A potem pomyślimy, z czego można by wykombinować drabinę. Bo chyba wyłazimy stąd przez sufit?

W szkole mało kto pamiętał, jak ma na imię, wszyscy mówili o nim ,,ten wielki”. Sam o sobie też tak myślał, bo kiedy patrzył na własne stopy, ze zdziwieniem widział w dole dwa kajaki gotowe do spływu Drwęcą.

– Ty nie szukaj drugiego dna – próbowała tłumaczyć, ale Zuzę nie tak łatwo było zbić z tropu. – Ja uprzejmie dziękuję za kolejnego przestępcę.

– Dno? Jakie dno? Ja tu przeczuwam szczytowanie, a nie dno. Przecież widzę, jak o nim mówisz.

Podobał się jej. To na pewno. Ale ona, w przeciwieństwie do paprotki, nie odnotowała drżeń kończyn, żołądek również nie wycinał jej żadnych numerów, tak jak to miało miejsce, kiedy poznawała kogoś naprawdę interesującego. Nic, żadnej biegunki, żadnej nadprodukcji gazów. Znaczy się, szału nie ma.

Szczerze mówiąc, trudno było go obrazić, bo do wielu spraw miał zdrowy dystans. Choćby do stereotypów. Na przykład niektórzy uważają, że członek mafii powinien podpisywać się krzyżykiem i myśleć, że Dali to herbata indyjska.

Nic na siłę, wszystko młotkiem?

Pani Ryszarda mogła mieć dwadzieścia parę lat, ale makijaż i żywe akcenty folklorystyczne w jej sposobie ubierania się sprawiały, że wyglądała jak stara baba z Podkarpacia.

W dodatku seks… No dzikość ciał po prostu, nieposkromione żądze i postępująca demoralizacja.

– Po winie łeb mi zawsze pęka. Ogólnie jestem trzeźwa jak świnia w aptece, ale w głowie pył i trociny.

– Czemu ty mi wcześniej nie pokazałaś tej gwiazdy? Przecież jak ją zobaczyłam, to mi prawie wody odeszły.

– A czy ja mówię, że nie jest prostolinijna? Wpakowała się Henrykowi prosto do łóżka, pewnie, że prostolinijna, he he.

(…) z inicjatywy Misi rozgorzała dość nieoczekiwana dyskusja o resocjalizacji. Oczywiście słowo ,,resocjalizacja” nie padło, ale wydźwięk tych truizmów był oczywisty i Igła zastanawiał się, czemu ta pogadanka miała służyć. Że muzyka łagodzi obyczaje, bieganie do teatru rozwija wrażliwość, a czytanie książek poszerza horyzonty. I tak dalej, i tak dalej. Wręcz poczuł się jak koleś zapuszkowany na trzydzieści lat za podpalenie filharmonii i zgwałcenie dyrektora artystycznego.

– I co mam z tym mężczyzną według ciebie zrobić?

– Jak to co? Wykorzystać! Do szczętu i imentu.

Jeśli to dotrze do Hardego, już mógł organizować kosę tudzież przenośną wyrzutnię rakiet, bo Hardy miał nadzwyczaj czułą dumę i fakt, że sam grzał łóżko sekretarki, nie miało tu żadnego znaczenia. Najpierw odrąbałby przyprawione mu rogi, a dopiero potem zastanawiałby się, czy użycie siekiery było słuszne.

– W każdym razie facet-kucharz fajna sprawa, smacznie się z takim żyje, ale matematyka to matematyka. Tu coś dodasz, tam odejmiesz, ale w związku zawsze trzeba wyciągnąć pierwiastek. I obawiam się, że przyjaźń i zrozumienie znaczą więcej niż naleśniki. Choćby beztłuszczowe.

– Tak właśnie słyszałem, że ten pan to niezbyt towarzyski…

– Towarzyski! – kobieta powtórzyła z kpiną i spojrzał na swojego psa, jakby był najlepszym audytorium. – Towarzyski to on może był lata temu, jak kazał do siebie mówić ,,towarzyszu”…

Na szczęście ona również pomyślała dziś o efektownym wyglądzie. Włożyła przylegającą sukienkę w wybitnie głębokim kolorze blue, którą Zuza określała mianem ,,niewinna seksmaszyna”. I coś w tym musiało być, bo kiedy Igła objął jej biodra wzrokiem, poczuła uderzenie gorąca. Uznanie krzyczało lubieżnie w jego czarnych oczach, a kiedy pocałował ją miękko na powitanie, wstrzymała oddech, bo inaczej zaczęłaby zipać jak przegoniona przez wieś krowa.

– Pieniądze same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Zależy tylko do czego się ich użyje. I jak się je zdobędzie.

– Ja, tępy młotek, między dwie samice pchać się nie zamierzam. Jak chcecie sobie dać po makijażu, to nie w towarzystwie szefa ochrony. Nie ma mowy.

Błyszczała jak żaden rondel w tej kuchni.

Była filigranowa. Wysoka, ale szczupła, a wcięcie w talii aż prosiło, żeby je zamknąć ramionami. Przy jego wzroście Misia była rozmiaru bakterii i Igła stwierdził nagle, że mikrobiologia to fascynująca dziedzina nauki. W każdym razie on był posiadaczem dwóch jąder komórkowych, w których właśnie wrzało od nadmiaru DNA.

Misia westchnęła, jej gorący oddech pomiział go po uchu i dalej wypadki dziejowe potoczyły się same.

Pocałował ją.

Pocałował i miał wrażenie, jakby delektował się kieliszkiem najlepszej malagi. Wino szlachetnie wzmacniane. Bukiet zapachowy upojny, wibrujący w nosie nutami czereśni, wanilii i ziarenkami kawy. Kolor z pewnością karmelowy, przydymiony ciemnością, aksamitny. Finisz długi, zostawiający na ustach posmak mielonych migdałów. Finisz długi, ale… konieczny, do diaska!

Konieczny!

Igła przemógł się i odsunął od siebie Misię na bezpieczną odległość, choć wiele go to kosztowało.

– Zemsta na Hardym… Dlatego to robisz?

Nie widział wyraźnie jej twarzy, ale w głosie wyczytał przykrość. Albo złość, cholera

wie.

– Ja robię? To ty się do mnie dossałeś!

– Tak? A po co zakradasz się nocą do pokoju mężczyzny? Przypadkiem?

Teraz zdenerwowała się naprawdę, nie miał wątpliwości. Ten ton znał już dobrze, kipiało w nim od ironii.

– Moje mieszkanie, moja sprawa. Zakradam się, żeby… wytrzeć kurze. Nie mogę?

– Kurze, yhm. Chyba raczej kogutowi chciałaś wytrzeć.

Iveco tylko na początku charczało, ale na prostej zaczęło miarowo szemrać i

posłusznie wykonywało jej polecenia. Się wie! Biegi wchodziły mięciutko, kierownica miała wspomaganie, a z góry widoki były tak obiecujące, że Zuza nagle pojęła: tylko dostawczaki! 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska