Smażone buraczki były perfidnie smaczne.

Zuza zdradziła, że tajemnica tkwiła w maśle. Należało je na samym początku rozpuścić i lekko przypalić. Żeby buraczki nie były zbytnio kwaśne, przyjaciółka dodawała do nich sok z cytryny zamiast zwykłego octu. No i na zakończenie mąka – Zuza przesiewała ją przez sitko bezpośrednio do potrawy i mieszała. Sól, cukier, pieprz i maggi. Niby niewiele, ale efekt końcowy porażał do tego stopnia, że Misia jechała do domu wyposażona w słoik i gramoląc się z auta, myślała tylko o tym, że kiedy wróci do domu, zasiądzie do uczty. Prawie zapomniała przy tym o łopacie, a przecież należało ją zabrać na górę i jakoś opakować. Niedługo urodziny Zuzy. Zawróciła więc i zabrała prezent z bagażnika.

Dochodziła dwudziesta trzecia i Misia poczuła, że po całym dniu pada z nóg. Dawno nie była tak zmęczona. Dzisiejsze wydarzenia nieźle dały jej po kościach, ale o ile fizycznie czuła się wypompowana, w duszy coś jej śpiewało i darło się nieprzytomnie.

Wolność!

Mieszkanie do własnej dyspozycji. Nikt nie będzie jej zaglądał w kąty i wymagał porządku. Nikt do późnej nocy nie będzie okupował kanapy i telewizora, nikt nie będzie przerabiał łazienki w Titanica. Czy to nie jest piękne?

Nucąc pod nosem, otworzyła drzwi i…

Już na progu poczuła jakiś obcy zapach!

Wyczuła go od razu, jej dom tak nie pachniał. Ale tę korzenną nutę skądś znała, nie potrafiła sobie tylko przypomnieć skąd. Zamarła, wsłuchując się w odgłosy pośród ciemności, które wcale jej się nie podobały. Wcale. Przez chwilę rozważała nawet, żeby uciec i zadzwonić na policję, ale zaniepokoiło ją, że Pyza, jej osobista kotka, szara radość jej życia, nie wskoczyła jak zwykle na murek, żeby ją przywitać.

Czy coś się jej stało?

Z bijącym sercem zrobiła kilka kroków i jednocześnie wydarzyły się dwie rzeczy. Pyza z kwikiem wyprysnęła spod krzesła, a w tym samym czasie, nie wiedzieć czemu, nagle włączył się telewizor. Sam z siebie. Głos był poprzednio ustawiony niemal na cały regulator, bo Misia oglądała coś podczas odkurzania, także teraz omal nie zemdlała z przerażenia. Zaczęła krzyczeć, a wtedy w salonie zmaterializował się on.

Potwór!

Obcy w jej mieszkaniu.

Wyskoczył z małego pokoju i miotał się jak oszalały.

Misia zareagowała więc odruchowo, a że w rękach miała buraczki i łopatę, z obu tych rzeczy zrobiła właściwy użytek. Najpierw zamachnęła się słoikiem, który w zderzeniu ze ścianą roztrzaskał się w drobny mak i zapewne przyozdobił swoją zawartością wszystko wokół, a następnie zaczęła dziko okładać powietrze łopatą.

– Stój, kobieto, stój! – usłyszała, ale wcale jej to nie powstrzymało.

– Na pomoc! – zaczęła wrzeszczeć w kierunku drzwi w nadziei, że usłyszą ją sąsiedzi, co było tylko kwestią czasu. Już samo wycie telewizora zaalarmowało pewnie pół bloku. – Pomocy!

Tamten doskoczył i usiłował zatkać jej usta, ale Misia nie po to intensywnie ćwiczyła na siłowni przez całą zimę, żeby sobie nie poradzić. Łopatę już straciła, ale spacyfikować się nie dała. Wyślizgnęła się zwinnie z miażdżącego uścisku i pobiegła do kuchni, myśląc o komplecie noży Fiskars, twardość 56 HRC, cokolwiek to miało znaczyć. Przed oczami widziała tylko jeden z nich i tylko jego pragnęła – nóż do siekania Santoku. Podręczny tasaczek, z perforowanymi wgłębieniami. Cudownie ostry i doskonale układający się w dłoni.

Nada się!

Niestety, nie odkryła jego nowego zastosowania, bo u drzwi rozległ się dzwonek. Zebrała więc w sobie tyle siły, ile trzeba było, żeby usłyszano ją w przedpokoju, i po raz kolejny rozpaczliwie wykrzyczała:

– Na pomoooc!

Zaledwie po chwili drzwi wejściowe łupnęły o murek i do mieszkania wpadł mężczyzna. Włączył światło i wszystko stało się jasne.

– Policja! Co tu się dzieje?!

 

 

Technicy pracowali na miejscu zdarzenia do dwudziestej drugiej. Tak jak komisarz przypuszczał, klucze się nie znalazły, co jednoznacznie przesądziło o postawionej hipotezie, i to zanim otrzymali wyniki sekcji.

Morderstwo.

Prokurator również nie miał wątpliwości. Po oględzinach wydał polecenia i wrócił do Katowic, Marchewka został jednak do końca, żeby wszystkiego dopilnować. A tak naprawdę, spokoju nie dawał mu telefon. Lub raczej jego brak. Z rozmowy z operatorem wynikało, że kolekcjoner posiadał komórkę, za którą ostatni raz zapłacił dwa miesiące temu.

Gdzie się w takim razie podziewała?

Marchewka nie pojmował. Przecież wiadomo, że policja nie musiała fizycznie dysponować telefonem, żeby uzyskać choćby informacje o połączeniach, a jeśli komórka zawierała coś kompromitującego, na przykład zdjęcia, morderca mógł po prostu zniszczyć kartę. Ekipa podzieliła więc dom na sektory i przeszukała dokładnie każdy kąt. Nadaremnie.

Ustalono za to, że do morderstwa doszło w godzinach nocnych lub wieczornych. Denat wpuścił gościa, kiedy udawał się na spoczynek, musiał zatem go dobrze znać. Rozstrzygnęła o tym nie tylko piżama, ale i szklanka przy łóżku (pełna), w której rozpuszczono środek nasenny – widocznie kolekcjoner miał problemy z zasypianiem. Opakowanie leżało na nocnym stoliku.

W międzyczasie Marchewka wybrał się do miasteczka, żeby zebrać wywiad. W zasadzie niczego nowego się nie dowiedział. Bywalcy okolicznego baru potwierdzili wersję babci z psem. Różycki był osobą wręcz patologicznie unikającą ludzi. Kontaktował się jedynie z siostrą, więcej rodziny nie posiadał. Komisarz pożałował, że nie zabrał zdjęcia Hardego, ale nic straconego, i tak będzie musiał tu wrócić. Natomiast na wzmiankę o diamentach, wszyscy bardzo się zdziwili. Nic o tej intratnej działalności swojego sąsiada nie wiedzieli.

O Hardej Marchewka przypomniał sobie dopiero koło Spodka, kiedy wrócił już do Katowic, i pomimo późnej pory skręcił prosto w Chorzowską. Jeśli kobieta nie zdobyła informacji o aresztowaniu męża, z pewnością nie spała.

I nie pomylił się.

Kiedy stanął pod jej drzwiami, usłyszał z mieszkania wręcz przerażający hałas. Tak mógł dudnić jedynie telewizor. Na korytarz zaczęli wychylać się zaniepokojeni sąsiedzi, więc śmiało zadzwonił. Bynajmniej nie usłyszał ,,proszę”, zamiast tego gdzieś z wnętrza budynku dobiegło go coś, co na upartego można było wziąć za próbę wzywania pomocy. Nacisnął więc klamkę i wparował do środka.

Pierwsze, co zrobił, to włączył światło i sięgnął po pistolet.

– Policja! Co tu się dzieje?! – zakrzyknął, ale jego pytanie zabrzmiało raczej retorycznie.

Sam mógł już ocenić sytuację i ta nieco go zdziwiła. Zaczął jednak od wyłączenia telewizora. Potem przyjrzał się dokładnie obrazkowi, jaki tu zastał.

A było co podziwiać.

W przedpokoju poniewierały się wszędzie kawałki szkła i czerwone strzępy jakiegoś czegoś. Buraczki albo czerwona kapusta. Upaćkane były tym nie tylko ściany, ale i stojący w przedpokoju olbrzymi facet, który przycupnął grzecznie pod szafą i ściskał w obronnym geście łopatę. Ubrany był jedynie w bokserki ozdobione wydatnymi czerwonymi kropkami, a jego zszokowany wyraz twarzy upodabniał go do przedszkolaka z grupy Muchomorki, któremu ktoś właśnie wytłumaczył znaczenie słowa ,,moszna”.

Zaraz, czy on już nie widział tej gęby? Że też zwykłe bokserki tak odmieniają człowieka, przecież to Igła! Szef ochrony, prawa ręka Hardego. Arcyciekawa postać. Na niego dziwnym trafem również nic nie mieli. Po prostu wcielona niewinność, wręcz przeor klasztoru pod wezwaniem świętego Jakuba Apostoła.

On tutaj?

– Komisarz Piotrek Marchewka – zasalutował niedbale. – Pan się przedstawi – zarządził dla zasady, popatrując na tamtego wilkiem.

– Igła – padło nonszalancko spod szafy.

– Dowód poproszę – zażądał bezlitośnie komisarz, zerkając na żonę Hardego, która najpierw ucieszyła się z interwencji przedstawiciela władzy, a teraz zaczynała coś kombinować. Mina jej się wydłużyła, zaczęła przestępować z nogi na nogę jak uczennica. Włosy miała rozczochrane, ubranie wisiało na niej fatalnie wymiętoszone. Wyglądała nie lepiej niż dryblas pod szafą, na którego co chwilę niepewnie popatrywała.

Facet podreptał ostrożnie do pokoju obok, przyniósł dokumenty i grzecznie się wylegitymował. Wszystko było w porządku. Tylko co w takim razie szef ochrony robi w prywatnym mieszkaniu Skoczylasów, gdy tymczasem jego boss grzeje celę na Mikołowskiej?

– Pyza włączyła telewizor – bąknęła wyjaśniająco Harda, zaglądając do salonu. – Musiałam zostawić pilota na podłodze i chyba na niego skoczyła.

– Słucham? – zdziwił się Marchewka.

– Pyza to moja kotka.

– Aha – mruknął i ogarnął pytającym spojrzeniem przedpokój. – A to? Czy dobrze słyszałem, że wzywała pani pomocy?

– Ja? Pomocy? – Harda przewróciła w zdziwieniu oczami. – Krzyczałam do… Igły.

– Yhm. Do Igły… A mogę zapytać, co pan Igła tutaj robi?

– Pan Igła sprząta buraczki, które stłukła… Pyza, po tym jak przestraszyła się telewizora – wystękała z wysiłkiem Harda, jakby starając się w tym wszystkim samej nie pogubić. – Sprząta… łopatą, bo tak jest szybciej.

– Łopatą… Kotka Pyza… – powtórzył niby zgodnie komisarz, ale nie przestawał się przyglądać tej dziwnej parze. – A pan Igła to dla pani kto, jeśli wolno spytać?

Harda chrząknęła i wysunęła dumnie podbródek.

– Nie będę kłamać, bo pewnie pan komisarz już się i tak domyślił. Igła to mój… kochanek.

 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska