Piotrek Marchewka wpatrywał się w siedzącą obok kobietę z jawnym oczarowaniem.

Nie potrafił już tego dłużej ukrywać. A zachwycić było go trudno. W końcu był weteranem portalu Darling.pl i z kobietami spotykał się aż nadto regularnie, poza tym miał do perfekcji opanowane techniki rozpracowywania przeciwnika z racji wykonywanego zawodu.

Wgryzająca się w kiełbasę ślicznotka była absolutnie wyjątkowa. Burza ciemnych loków, olbrzymie niebieskie oczy i słodkie usta, które kształtem przypominały serce. Już on umiał to ocenić, była pełna naturalnego wdzięku. Do tego błyskotliwa i wrażliwa.

– Jaja sobie, oczywiście, robię z tym uciekaniem przez sufit – popatrzyła w górę i pogmerała w torebce. – Na MacGyvera pan przecież nie wygląda, hi hi. Potrzyma pan? – władczo obdzieliła go zalatującą czosnkiem myśliwską, żeby po chwili wydobyć na świat kolejny artykuł spożywczy. – Ogóreczka? Mam dwa.

– Bardzo pani miła, naprawdę. Ogóreczka to może bym i skosztował – przełamał się komisarz, bo zaczęło go dziwnie smyrać w brzuchu. Jednak niektóre panie nie powinny publicznie wkładać ogórków do ust.

– Zasięg tu zdycha. Wiem, bo raz już się zatrzasnęłam – trajkotała – więc nigdzie się nie dodzwonimy. Jedyne, co nam pozostaje, to narobić rumoru. Ale przedtem to ja muszę nabrać sił. Śniadania nie jadłam przez przyjaciółkę. Która zaginęła.

– O! – Marchewka zainteresował się odruchowo, bo oczami wyobraźni ujrzał siebie prowadzącego poszukiwania, które byłyby przecież okazją do częstego widywania tej czarującej istoty.

– To znaczy, chyba zaginęła. Mogła jej się też rozładować komórka.

– Tak, to się zdarza.

– No właśnie jednak średnio, bo Misia wszystko kontroluje i jest na bieżąco. Także się denerwuję. Nie mam z nią kontaktu od rana.

– Może śpi? W sumie jest dopiero około jedenastej.

– Śpi? Wykluczone – nimfa skosztowała kiełbaski i lekko czknęła. – Nie zna pan Misi. Dziesiąta to dla niej środek dnia. Ona już o ósmej pichci obiadek, żeby nie musiała gotować po pracy. Maszyna nie kobieta. Nie żebym sama nie lubiła mieszać w garze, ale nie skoro świt! Bez przesady jednak.

– Ja za gotowaniem wręcz przepadam – zapewnił gorliwie komisarz, odnotowując doniosły fakt, że słowo ,,gar” w tych wiśniowym ustach brzmi jak najsłodsza obietnica.

– Serio? – Piękność dostała już regularnej czkawki i do usłyszanego właśnie zwierzenia nie przyłożyła zbytniej wagi. – Żeż cholera! A miałam zabrać colę – dodała tęsknie.

Czkanie bezbronnej niewiasty podziałało na komisarza wręcz piorunująco. Nie będzie przecież tu tak siedział jak niedojda jakaś! Trzeba działać, podbijać świat i w ogóle usuwać przeszkody. Poza tym walenie w blaszane wrota ile sił w pięściach to świetny sposób na rozładowanie emocji. A tych się w Marchewce jakoś nazbierało. Zostały więc wyrażone pokazowo i to z taką mocą, że zjawisko przestało czkać, bo uznanie sparaliżowało jej przeponę. Jednakże prezentowała się rozkosznie nawet z opadniętą szczęką.

– Ale dał pan popis, no, no – cmoknęła z uznaniem.

Wokół wszystko nadal jeszcze drgało, łącznie z komisarzem, który dla odmiany poczuł, że rośnie. Dla takiego spojrzenia warto było zdemolować nawet Drzwi Gnieźnieńskie.

– Piotrek Marchewka – zasalutował ochoczo, stając na baczność, od czego na nowo rozhuśtała się podłoga. – Komisarz policji.

Bóstwo od razu się zainteresowało. Wytarło po posiłku usta spódnicą i też dźwignęło się do pionu.

– Komisarz? Niemożliwe. Z nieba mi pan spadł! – krzyknęła uradowana. – Będzie pan świadkiem.

– Że na przykład… o co chodzi? – nie nadążał, ale proszę bardzo. Może być świadkiem, przestępcą… Zaraz, zaraz. Ta kobieta działała na niego stanowczo zbyt silnie.

– Jak to o co? O moją przyjaciółkę. Właśnie do niej jadę, na ósme – zerknęła ponuro na tablicę z przyciskami. – Ja to myślę, że coś jej się stało. Ona ma męża…

– A pani?

– Co: ja?

– Czy pani ma męża?

Kobieta aż zachłysnęła się od nagłego śmiechu. Ciekawe, przecież nie powiedział nic zabawnego.

– Ja, męża? W życiu. Jeszcze mnie nie pogięło!

Błyskotliwość, co za niespotykana błyskotliwość.

– A to coś złego mieć męża? – pozwolił sobie zadać pytanie, nie wiedzieć czemu, ściszając potulnie głos.

– Złego? Chorego raczej. Pan sobie wyobraża z jedną babą do końca życia… ten tego?

– Ten tego? – powtórzył i analizował w duchu usłyszane właśnie słowa.

– Mam się wyrazić wulgarnie? ,,Ten tego” nie przemawia?

– A, ten tego! – politowanie w jej głosie było jak policzek. – Rozumiem, ten tego, oczywiście. Nooo… Wyobrażam sobie – potwierdził, wspominając z rozczuleniem pewnego chrupkiego ogóreczka.

– To pan jest hipokryta – usłyszał i szczerze się obruszył.

– Ale dlaczego? Jak to hipokryta, dlaczego hipokryta?!

– Bo popędu, proszę pana, nie da się zaobrączkować. Zuza jestem. Dlatego – wyciągnęła przed siebie energicznie dłoń i komisarz ogłupiał doszczętnie. Wszystko mu się już mieszało. Zuza? Zuzia, Zuzanna, Zuzka. Cudownie!

– Zaraz, bardzo mi miło, Piotrek Marchewka…

– No, i widzi pan? Już się pan przedstawiał. Chłopom to się wszystko pieprzy. Dosłownie i w przenośni. I dlatego ja z jednym bym nie mogła. To jest absolutna manipulacja społeczna to całe małżeństwo. Ja się tam wolę w życiu pie… z wieloma. Pie…truszka?

– Marchewka. Piotrek.

– Właśnie, z wieloma. Kobietom też się należy!

– Nie mówię, że nie – słabo zaprotestował komisarz i osunął się na podłogę. Tempo wymiany zdań zwyczajnie go oszołomiło.

– No, ja myślę! Bo trzeba mieć, proszę pana Piotrka Marchewki, odwagę. Jak kobieta w Polsce otwarcie wyraża swoje niepopularne wśród mężczyzn poglądy, to się zaraz z niej robi nawiedzoną wariatkę. Albo feministkę.

– O tak, ja wierzę. Pani jest odważna – zapewnił cokolwiek niemrawo.

– Niestety, z tym bywa różnie – pani Zuza nieoczekiwanie spuściła z tonu i usiadła obok. Na szczęście cały ten drapieżny entuzjazm już z niej wyparował. Komisarz nie był pewien, czy zniósłby go więcej. – Raczej się staram, niż jestem. Ale męża za cholerę mieć nie chcę!

– A ja chcę mieć cholerę za żonę. To znaczy… Za cholerę chcę mieć…

– I na tym to właśnie polega. Jeden lubi ogórki, drugi ogrodnika córki.

– Ogórki? – Piotruś zbystrzał.

– Takie powiedzenie jest. Dobra, dobra, a pan komisarz co robi w tej windzie? I w tym bloku, bo chyba pan tutaj nie mieszka? Widzę pana pierwszy raz.

– Ale chyba nie ostatni? – wyrwało mu się, ale zaraz pożałował swojej szczerości, bo u pani Zuzy nie dostrzegł chęci kontaktu. Zawodowo się nim jednak interesowała, a jakże. Może więc pociągnąć ten wątek?

– Jestem na służbie – wyjaśnił.

– Przyszedł pan kogoś aresztować? – zachichotała.

– Raczej nakłonić do współpracy. Żonę mafijnego bossa. Takie tam…

Oczy pani Zuzy pociemniały.

– Ludzie to doświadczają atrakcji. W pracy – uściśliła i nagle się zasmuciła , ale emocje zmieniały się u niej z prędkością światła. W oczach Zuzy pojawiły się zaraz ciekawskie błyski, najwyraźniej myślała już o czym innym. – No, niech pan opowiada!

– Ale o czym?

– O tej żonie. Żoną mafijnego bossa to bym mogła być – powiedziała z rozmarzeniem. – Strzelanina we wtorek, buty z cementu w piątek…

– Ale przecież mówiła pani…

– Panie Pietruszka, doskonale wiem, co mówiłam. Co pan tak literalnie wszystko odbiera? Pomarzyć nie wolno?

– Literalnie? Nie, jasne…

– I co z tą żoną? Wie pan już, jak będzie nakłaniał? Szantażyk, przekupstwo? I co na to mąż, bo bossi bywają nieobliczalni?

– Boss na szczęście już jest obliczalny – komisarz przełknął ślinę, bo zaczął się zastanawiać, czy on aby nie za bardzo kłapie jęzorem. I czy ktoś tu nie zadaje za dużo pytań. Jakby nie było, obowiązywała go tajemnica służbowa. Chociaż, bez przesady. Jaki ta urocza istota mogła mieć związek z Hardym? – Obliczyliśmy, że parę lat posiedzi. Albo kilkanaście, jeśli dobrze pójdzie. Mamy go już w areszcie.

– A, i chcecie, żeby bossowa zaczęła sypać, bo potrzebujecie na niego haka?

– Haki to mamy, i to nawet sporo, ale przydałaby się pomoc w rzucaniu przynęty.

– I ona się zgodzi? Wyda wam własnego męża…? – pani Zuza pokręciła sceptycznie głową. – Nie wierzę.

– Oj, bossowie to mają paskudne charaktery, wie pani? I rzadko się zdarza, że bywają dobrymi mężami. Pieniądze bardzo człowieka psują, a jeszcze takie pieniądze… Więc nie zdziwiłbym się, gdyby żona wolała, żeby jej mąż cieszył się fortuną, ale zza krat. Tym bardziej, kiedy dowie się, że jest zdradzana.

– A jest, czy to jakaś wasza sztuczka?

– Ależ skąd – komisarz szczerze się oburzył. – Jest, jest. Facet od dawna ma kochankę. Razem ,,pracują” – dodał z przekąsem. – Uwili sobie gniazdko na Nikiszowcu, mamy fotografie, nagrania, SMS-y.

– To jak gad prowadzi podwójne życie, to bardzo dobrze – pani Zuza, zdaje się, była za stałością związków. Dobre i to. – Niech gnije w więzieniu, a kobiecie powiedzcie prawdę.

– Taki mam właśnie zamiar. Oczywiście.

– Tylko że jak śmierdziel się dowie, że ona z wami współpracuje…

– Nie dowie się. Anonimowość jest w pakiecie, ma się rozumieć.

– Taaak – zakpiło bóstwo. – Jak on jest prawdziwym bossem, to ma w policji wtyczkę. I ta jego żona raz dwa będzie sztywna. Zaśnie w kąpiel czy coś… Ale boss mafijny? Tutaj? – pani Zuza rozejrzała się po windzie z powątpiewaniem. – Na Tysiącleciu? Tacy gangsterzy to mają wypasione chaty pod miastem.

– A, nie wszyscy – zaoponował komisarz. – Są też tacy, którzy nie chcą się afiszować. W takim blokowisku można sobie całkiem przyjemnie żyć. I nie rzucać się w oczy.

Tak miło rozpoczętą pogawędkę przerwał naraz jakiś łomot. Zdaje się, że ktoś naśladował komisarza i okładał pięściami drzwi, z tym że parę pięter niżej. Oboje jak na komendę rzucili się, żeby odpowiedzieć. Krzyczeli przy tym tak, że Zuza zaczęła się obawiać o swoje gardło. Ale w końcu zobaczyli, a raczej usłyszeli efekty swoich działań. Ktoś musiał zawiadomić obsługę dźwigu, bo w końcu  u góry znajomo zazgrzytało, po czym winda drgnęła i bardzo powoli zaczęła zjeżdżać w dół. Nareszcie wolni!

– To co? – komisarz z każdym pokonywanym metrem czuł się coraz gorzej. Za chwilę się rozstaną, a potem straci ją z oczu. Chociaż nie, chciała, żeby poszli razem do mieszkania przyjaciółki. Może tam faktycznie coś się stało, trzeba to sprawdzić, koniecznie. – Wracamy na ósme?

Pani Zuza już chciała wciskać przycisk, kiedy rozdzwoniła się jej komórka.

– O, jest zasięg! Działa od drugiego piętra, skubany – skwitowała i wyciągnęła telefon. – Michalina, nareszcie! – krzyknęła z ulgą do słuchawki. – Co się stało? Poczekaj… – Omiotła Marchewkę uprzejmym, ale nieuważnym spojrzeniem i rzuciła mu na pożegnanie: Dzięki wielkie za windę, miło się rozmawiało. Przyjaciółka już się znalazła, więc proszę się nie krępować i ścigać żonę bossa. Bye bye.

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska