,,Ewelinę bladym świtem, czyli o dziesiątej rano, zerwał z łóżka telefon.

– Obudziłam cię? – w słuchawce zabrzmiał zmartwiony głos Julki.

– Tak jakby – wymruczała, otwierając lewe oko. – Co tam?

– Siostra, ty jesteś młoda i nowoczesna i się znasz…

– No?

– Jakie są objawy rzeżączki?

Pytanie skutecznie ją otrzeźwiło. Julka brzmiała jak ofiara wypadku samochodowego, w wyniku którego straciła obie nogi. Zdaje się, że potrzebowała wsparcia.

– Ty poważnie pytasz? Aha… Poważnie – odpowiedziała sobie, po tym jak w słuchawce rozległa się dla odmiany cisza. – Nie wiem, nie miałam jeszcze rzeżączki. O dziwo.

– To całe szczęście… Ale może ja mam?

– Jakim cudem?

– Cudem… Eee… Wczoraj w Don Kichocie… Ja wiedziałam, że nie powinnam iść. Mówiłam Dorocie, ale…

– Moment. Bo może ja właśnie uczestniczę w jakimś wyjątkowo realistycznym śnie albo w eksperymencie naukowym. Twoim. A robiłaś już na mnie eksperymenty. Pamiętasz? – wytknęła z pretensją w głosie.

– Ale to było podczas pisania pracy doktorskiej! – broniła się Julka.

– Ciesz się, że cię nie podałam do Strasburga. Ostatnio mówiłaś, że marzy ci się profesura. Taaa… Idę spać. Nabierasz mnie i pewnie siedzisz tam z długopisikiem i zapisujesz moje reakcje. Na razie.

– Ewelina!

– No, co?! Zrobiłaś ze mnie królika doświadczalnego, więc się teraz nie dziw.

– Ja naprawdę mam problem – Julka zakwiliła nad wyraz żałośnie i trzeba by nie mieć serca, żeby ją tak zostawić. A Ewelina miała serce. I to czułe. A już zwłaszcza na krzywdę ukochanej siostry, która do tej pory raczej pomagała jej, a nie odwrotnie.

– Widzisz, jakie mam o tobie mniemanie? Że to niemożliwe, żebyś ty…

– Straciła głowę. W altance, w parku z nieznajomym.

Ewelina mało delikatnie wybuchnęła śmiechem.

– Nie wierzę!

– Uwierz.

– I co?

– Jakie: co?!

– No jak było?

– Było… zaskakująco.

– A jakieś wzmożone środki bezpieczeństwa?

– Właśnie…

– Bez środków?!

– Czy jak by było ze środkami, to bym cię pytała o rzeżączkę?!

– A nie bałaś się, że wyjdziesz z tej altanki z plemnikami i one cię… Inwazyjnie zapłodnią?

Julka westchnęła z przygnębieniem. Nieczęsto zdarzało się ją słyszeć tak przybitą. Biedaczka, chyba naprawdę musiała być zrozpaczona. Tak to jest, jak zakonnica bierze się za czyny lubieżne.

– Wiesz, że u mnie jak w zegarku – próbowała się tłumaczyć.

– Ale że ty…

– Ja! Zawsze wy się łajdaczycie. A ja co? Jestem jakimś wynaturzonym stworem?! Też mam potrzeby. I było wspaniale.

– Słuchaj. Ja się nie łajdaczę – Ewelina uznała za konieczne zaznaczyć pewne sprawy bardzo wyraźnie. – Mam Gabrysia.

– Tak, a kto przymila się do każdego przystojnego faceta?

– To co innego! Przymila, nie znaczy: włazi na niego bez nijakiej pamięci! W altance! Bez…

– Już dobrze! Przecież nie chcę się kłócić. Widzisz, że jestem zdenerwowana i plotę głupoty… Co ja mam teraz robić? Już się zarejestrowałam w przychodni. Ale może ja się powinnam przebadać prywatnie? Jak sądzisz? Może są jakieś specjalne badania? Wenerologiczne. Jeszcze nic nie jadłam, mogę zrobić. I chyba pójdę do spowiedzi. Bo z Mateuszem to przynajmniej było jakieś uczucie, a tu…

Ewelina usiadła w pościeli i rozejrzała się po pokoju, w którym Dorota zdążyła już przed wyjściem przewietrzyć. Ziewnęła.

– Julianku… Mam do ciebie prośbę. Jako smarkata siostra. Jak następnym razem spotkasz faceta, który sprawi, że panta rei… Pomyśl o mnie. Ja cię proszę. I go poniechaj. Albo jeszcze lepiej zadzwoń, ja to załatwię. Bo drugi raz takich histerii nie zniosę. A w Internecie znajdziesz wszystkie objawy wszystkich chorób.

– Ewelina…

– Co?

– A kiła? Czy to się jeszcze w dzisiejszych czasach zdarza?”

 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska