,,A jeśli ci dwaj nie żartowali?

Jeśli grządka w ogródku na Świętokrzyskiej naprawdę jest nafaszerowana ciałami poprzednich kucharek?

Ewelina usiłowała o tym porozmawiać z siostrą, ale wyczuła w zachowaniu Doroty jakiś fałsz, a wygrywane przez nią melodie znała aż nadto dobrze. Ktoś tu próbował ją zrobić w bambuko.

O nie, nie.

Nie pozwoli się oszukiwać własnej siostrze.

Przed nimi znajdował się sporawy kopczyk ziemi, który porastała roślinność. Twarda i kłująca. Gabryś nie odznaczał się zbyt wyczulonym węchem, ale ten zapach wydał mu się szczególnie intensywny. Może dlatego, że pod kwiaty położono specjalny nawóz. Kucharki. Kucharki, które nie potrafiły przyrządzić makaronu al dente.

– Róże? – upewnił się.

– Róże. Kopiemy – Ewelina podała mu szpadel i stanęła przy ścianie, skąd zamierzała oddawać się obserwacji.

– Ja od początku wiedziałem, że potrzebujesz parobka – Gabryś pozwolił sobie na komentarz, który jednak nie zabrzmiał jak pretensja.
Lubił się z Eweliną przekomarzać. Nawet rozkopując grządkę w cudzym ogrodzie. Dziwne, ale wcale nie czuł się tu źle. Dom był ładny, ogród zadbany, a róże szaleńczo wypełniały powietrze słodkawym aromatem. Był i księżyc. Dorodny i regularny jak francuski rogalik. Na dobrą sprawę idealne okoliczności, żeby z Eweliną ustalić pewne szczegóły dotyczące przyszłości.

– W maju matura – zagadał półgłosem.

– Kopiesz?

– Kopię.

– To kop – odparło niewzruszone dziewczę, zapalając na stronie papierosa.

– Co zamierzasz potem? – drążył dalej.

– Potem zamierzam poprawkę z matmy. Bo nie zdam, więc z łaski swojej, machaj szpadelkiem i mi nie przypominaj.

Gabryś rozgarniał ziemię z godną pochwały cierpliwością, ale uznał, że w życiu mężczyzny nadchodzą takie chwile, kiedy trzeba tupnąć nogą. Zatem tupnął, czego raczej nie dosłyszano pod ścianą. Więc rzucił narzędziem zbrodni.

– Kop sobie sama.

– Gabryś!

– Jesteś nieznośna. Jak ty mnie traktujesz?

– Gabryś! Obraziłeś się? – do Eweliny wreszcie dotarło, bo w jej głosie zabrzmiał niepokój. – Ale czemu? Co ja takiego powiedziałam? Przecież wiedziałeś, że będziesz kopał.

Nie czekał, aż jego rozgarnięta dziewczyna skojarzy fakty. Zresztą, już go nie zatrzymywała. Podszedł do muru i zamierzał przeskoczyć na drugą stronę, kiedy do akcji wkroczył pies. Zdrajca pojawił się znikąd, a potem uwiesił się nogawki Gabrysia i ani myślał puścić. Szamotał się więc ze zwierzem dłuższą chwilę, próbował nawet do niego przemawiać. Bez rezultatu. W desperacji rozważał już pokonanie muru z uwieszonym przy nodze buldogiem, kiedy zza rogu wyszła Ewelina. Choć bardziej pasowałoby określenie: wytoczyła się. Nie dostrzegł w niej skruchy, wręcz przeciwnie. Była wniebowzięta, mimo że w swobodnym poruszaniu się przeszkadzała jej… wielka tuba zakończona szpikulcem, którą niosła przełożoną przez ramię.

Gabrysiowi odebrało mowę.

– Powiedz… – wyszeptała konspiracyjnie, nie przestając się uśmiechać. O kłótni już, oczywiście, nie pamiętała. – Czy to jest to, co ja myślę?

Wobec takiego obrotu spraw honor męski był raczej sprawą podrzędną. Gabryś przestał się gniewać.

– Skąd to masz?!

– Wygrzebałam. Z grządki. Tam leżą jeszcze takie dwie. I pełno karabinów. I granaty. Kucharek nie stwierdziłam.

– O matko! – zawył zdruzgotany. – Przecież to jest BAZOOKA!

Podszedł bliżej, co stało się możliwe, ponieważ buldog na widok Eweliny zrobił się nadzwyczaj grzeczny. Potulnie zapiszczał i stanął grzecznie koło jej nogi.

– Bazooka, czyli co? Tym się strzela? – zrobiła wielkie oczy, bynajmniej nie z przerażenia. Raczej z uciechy.

– Z tego się obraca w puch!

– No, to Dorota ma przekopane. To są jacyś bandyci! Może nawet mafia? Przecież to Włosi.

– Cicho! – Gabryś naraz się skulił i zaczął popatrywać na boki. – Odnieś tę rurę, zakopujemy ją i spadamy. Szybko!

– A w życiu! – zaparła się, choć bazooka była z tych nieco ciężkawych cacek. – Nie oddam!

– Proszę to natychmiast odnieść na miejsce – zagrzmiał jak nauczyciel, co było u niego oznaką największego zdenerwowania.

– Proszę mnie pocałować w tubę. Za nic.

– Ewelina…

– A może ja sobie to życzę zatrzymać? Mają jeszcze dwie, tak łatwo się nie zorientują.

– Nie wszyscy mają poprawkę z matematyki. Są tacy, którzy potrafią liczyć do trzech. Już! Na miejsce!

– Zmuś mnie – dmuchnęła w grzywkę.

– Dziewczyno! Po co ci to? – prawie błagał, choć było wiadome, że jest skazany na przegraną. – I gdzie to będziesz trzymać?

– Na balkonie albo u ciebie. Dopóki nie sprzedam. Świstak.pl. Niedługo Studniówka, w czym mam pójść? Mama mi nie da, sama muszę zarobić.

Gabryś poczuł, że jest u kresu sił.

– Przecież ci coś kupię. Zawsze kupuję. Odnieś to.

– Zawsze? Wypominasz mi? – stęknęła z wysiłku. – Nie będę na niczyim garnuszku. Świstak.pl, mówię. Gabryś… – naraz straciła rezon. – Parapet! Popatrz!

Spojrzał we wskazanym kierunku i podjął decyzję. Nie pamiętał szczegółów. Krew na parapecie i ramie okiennej zalśniła mu przed oczami w świetle padającym z latarni. Są takie chwile w życiu mężczyzny…

– Uciekamy! – wysapał.

– Ale tam zostawiłam wszystko rozkopane.

– Dobrze. Przełaź! Ja posprzątam.

– Gabi… – zakwiliła, zanim położyła na murze bazookę.

– Co?

– Wiesz, że ja cię bardzo, bardzo?”

 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska