,,Alunia wróciła o drugiej.

Otworzyła drzwi, wpuściła Pilota, którego Filip wygonił przed wyjściem do pracy na podwórko, i weszła do domu. Ściągnęła w przedpokoju buty i pierwsze swoje kroki skierowała odruchowo do kuchni.

W progu stanęła zmartwiała.

Kuchnia przedstawiała sobą widok urokliwy.

Niepozmywane naczynia, owszem. Bynajmniej nie liczyła na cud, ale cały stół został zapaskudzony cukrem i okruchami chleba. Leżał tu też ser, który po kilku godzinach przebywania poza lodówką zamienił się w lepką, żółtą plastelinkę i nadawał się jedynie do wyrzucenia. Filip nawet nie odstawił po sobie talerza – przyozdobione pozasychanym keczupem naczynie spoczywało, nie wiedzieć czemu, na krzesełku. Na podłodze natomiast leżała porcelanowa miska zakupiona za dobrych czasów w ArtDeco, której Alunia używała do podawania sałatki podczas różnych uroczystości rodzinnych. Ślady wskazywały, że dziś spożywał z niej Pilot…

Alunia usiadła.

I policzyła do dziesięciu.

Innym razem rzuciłaby się do sprzątania.

Ale nie dzisiaj.

Zgodnie z opracowaną wspólnie z Jolą taktyką od dzisiaj miało być inaczej.

Rozpakowała zakupy i najzwyczajniej w świecie wzięła się za obieranie ziemniaczków.

Filip wracał do domu głodny jak stado wilków i spragniony towarzystwa żony, mimo że ta zachowała się dzisiaj nie najlepiej. Najpierw zostawiła go rano bez uprzedzenia samego, a potem zrobiła coś… Coś paskudnego! Miał brzydki zwyczaj rozrzucania skarpetek po domu – konkretnie w dwóch miejscach: w przedpokoju i pod łóżkiem. Zwyczaj brzydki, bez dwóch zdań, ale iluż facetów na świecie robi coś podobnego?! Pewnie w ciągu sekundy w dziesiątkach domów, jeśli nie w setkach, pada na podłogę jakaś śmierdząca skarpetka. Czy trzeba z tego robić tragedię?!! Jego żonie zwyczaj bardzo się nie podobał. Chodziła i zbierała po nim tę część męskiej garderoby, a co się przy tym nagadała… A sama nie stawiała na miejsce szamponu. To on musiał przenosić buteleczkę na półkę prawie za każdym razem, kiedy myła głowę! O!

Filip zabierał ze sobą na co dzień do pracy płócienną torbę. W środy musiał nosić także teczkę z rysunkami, które pokazywał lub oddawał studentom. Niczego się nie spodziewając, rozwiązał sznurki teczki na zajęciach. Jedna jej część odskoczyła.

A wtedy…

Na ławkę, tuż przed kwiat przyszłych artystów, wysypały się jego osobiste, przenoszone skarpetki, bijące w nos bynajmniej nie świeżością.
Trzy pary!!!

Oczywiście same tam nie weszły… Musiała tej podłej dywersji dokonać jego własna małżonka, która zaskoczyła go już dzisiejszego dnia po raz drugi. I to zaskoczyła nieprzyjemnie. Należało sprawę omówić.

Alunię zastał w kuchni.

I obgadywanie wydało się od razu nie najlepszym pomysłem.

Coś było nie tak. Po pierwsze, w kuchni panował nadal niespotykany do tej pory w ich domu bałagan, żeby nie powiedzieć bajzel. Po drugie, żona nie powitała go z uśmiechem. Siedziała nieruchomo przy stole i patrzyła twarzą bez wyrazu w kuchenną szafkę.
Filip poczuł się co najmniej nieswojo.

— Cześć – przywitał się niepewnie. – Jest jakiś obiad? – zapytał, zerkając w stronę zlewu.

— Będzie… Jak mi pozmywasz… – odparła żona, patrząc w tym samym kierunku.

Filip zmywać potrafił, tylko że za bardzo za tą czynnością nie przepadał, toteż wykonywał ją niezwykle rzadko – także dlatego, że często przebywał poza domem. Teraz również mu się to nie uśmiechało. Jak można zmywać, kiedy człowiekowi po całym dniu pracy kiszki marsza grają? Dla świętego spokoju zmył kilka talerzy, żeby był dostęp do zlewu, a pozostałe naczynia zamoczył.

— Reszta potem – poinformował. – Jestem głodny jak cholera… Pójdę wziąć prysznic. Zdążę przed obiadem?

Alunia głęboko analizowała właśnie, dlaczego do męża, z którym dzieliła nie tylko życie, ale powierzchnię mieszkalną, powiedziała ,,Jak mi pozmywasz”. Dlaczego użyła słowa ,,mi”? Przecież, do jasnej choinki, naczynia były wspólne! Dlaczego mi? Czyżby już tak głęboko miała zakorzenione, że gary, pranie, zakupy i co tam jeszcze należą tylko i wyłącznie do niej? Z szybkością światła przywołała w myślach sytuacje, kiedy prosiła Filipa o pomoc, bo prosiła! Tylko, że on wykonywał prozaiczne czynności z takim ociąganiem albo tak niedbale, że wolała już je zrobić sama. To dlatego wzięła wszystko na swoje barki! Choćby głupie zmywanie. Ileż to razy słyszała ,,Reszta potem”? A potem była pracownia albo jakiś strasznie ciekawy film!

Zastanowiła się, co doradziłaby jej w tej sytuacji Jola.

I już wiedziała.

— Zdążysz, oczywiście… Zaraz podaję.

Kiedy Filip udał się do łazienki, wyłączyła sos, który właśnie podgrzewała do obiadu i całą zawartość garnka wlała do miski Pilota. Surówkę czekał gorszy los, bo wylądowała w koszu na śmieci. Kiedy małżonek skończył lać wodę, Alunia odcedziła ziemniaczki, wysypała je na talerz i posypała koperkiem. Nie zapomniała o łyżeczce masła.

Filip, przyjemnie odświeżony, zasiadł do stołu.

Alunia postawiła przed mężem talerz i jak zwykle powiedziała:

— Smacznego.

Filip podziękował. Po czym drgnął zdziwiony.

— A mięso? Surówka?

— Reszta potem, kochanie – odpowiedziała uprzejmie i wyszła z pokoju.

A następnie z domu.

Nie omieszkała przy tym rąbnąć zamaszyście drzwiami, aż z framugi posypał się tynk.”

 

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska