szajba-5

Zosia jest rozczarowana swoim nieciekawym życiem. Czuje się stara, gruba i samotna, wręcz oddałaby wszystko, żeby mieć znowu dwadzieścia lat. Marzenia spełniają się, kiedy wypija butelkę wina z roku 1929 i wraz ze swoimi znajomymi przenosi się w czasie do przedwojennych Katowic. Szanowana pani doktor literatury to teraz Czarna Zośka, szefowa bandy rzezimieszków, która okrada majętnych Niemców. Jej zadaniem jest uwodzenie i typowanie mężczyzn. A ponieważ do niemieckich willi trzeba się włamywać, jej siostra, Danka, musi się nauczyć wielu zaskakujących rzeczy jak choćby chodzenia po gzymsie czy odczyniania czarów za pomocą telefonu komórkowego. Problem pojawia się, kiedy niejaki Mirek Mędrzycki, który również jest złodziejem, rzuca Czarnej Zośce wyzwanie.
Gra toczy się o dużą stawkę, bo Zosia jednocześnie próbuje rozwikłać tajemnicę rodziną. Dotyczy ona pierwszego burmistrza Katowic, Louisa Diebla, który ograbił kasę miejską i uciekł z pieniędzmi za ocean. A może nie zabrał ze sobą wszystkiego? Zapraszamy na fascynującą wyprawę do podziemnych korytarzy i tuneli, które do dziś ciągną się pod miastem i skrywają niejedną zagadkę.

 

Wydawnictwo REPLIKA, Kraków 2014

fragmenty:


cytaty:

Mirek jak rzadko kiedy zasługiwał dziś na pyszny portrecik. Wypisz, wymaluj, wyglądał jak przewodnik duszpasterstwa akademickiego, który w dwa dni zaliczył pieszo nie tylko Piekary, ale również Gidle i Częstochowę, przy czym z każdą miejscowością zastęp niewinnych dziewic topniał. Plecaczek, bojówki i trapery plus rozanielony uśmiech pośród brody à la Jezus po czterdziestu dniach na pustyni – wszystko było w nim nieświeże i smętnie oklapłe.

Żyło się jej prawie doskonale.

Prawie.

Bo bez miłości zawsze żyje się tylko prawie.

Zosia w ułamku sekundy zdążyła ocenić, że ma do czynienia z kimś o niespotykanej urodzie i klasie. Aż sobie cichutko z zazdrości westchnęła. Gdyby ona tak wyglądała… Figura idealna. Ubiór również. Estetyka całości hulała aż miło, ordynarność biła kobiecie jedynie z lica, które miało w sobie coś, no, coś wrednego po prostu. Było niby ładne, symetria brwi wprost proporcjonalna do kwadratu szczęki, ale babka miała w oczach cały dział z mrożonkami.

Zimno, pusto i tylko lody Bambino.

Za to ubrać potrafiła się tak, że kapcie spadały, dopracowany był na niej każdy szczegół. Biodra blondynki eksponowała przylegająca spódnica, nogi zdobiły szałowe szpilki, które wystawę CCC widziały jedynie od frontu, i to w przelocie. Do tego subtelna biżuteria i doskonały makijaż.

Niektóre kobiety tak po prostu mają.

Lśnią.

Inne stapiają się z kaloryferem i podłogą, a na ich tle toczy się barwne życie tych pierwszych.

A taki Mędrzycki…

Na jego widok od razu poczuła w środku gorąco. Żadnych letnich reakcji, żadnego tiu tiu tiu. Rzetelny ogień na wskroś przepalający macicę. I to mimo że był od niej prawie dziesięć lat młodszy, co przecież nosiło znamiona pedofilii! Czterdziestoletnie próchno i jurny trzydziestolatek? Żenujące. Wystarczy pomyśleć, że kiedy ona miała dziewięć lat, jego jeszcze nie było na świecie. A kiedy w czwartej klasie kupiła swoje pierwsze cieniutkie rajstopy, pani Mędrzycka pakowała syna w tetrową pieluchę, która sięgała mu po szyję i zimą mogła służyć za golf.

– Mała, pieprzona, czarna – mruknęła z ironią i zerknęła do lustra, gdzie zamiast brunetki o zielonych oczach zobaczyła opasłą krowę przedwcześnie wygonioną z pastwiska. Tak właśnie się czuła. Oszukana przez naturę. Która zabrała jej wszystko o kilka lat za szybko. – Czarny wyszczupla, jasne. Mój tyłek to już nie będzie Dar Pomorza, tylko Titanic. Cała naprzód, po prostu hurrra!

– Śmiej się, śmiej – powiedziała złowieszczo Zosia, ale już zaczynała brzmieć lepiej. – Pelargonie to niestety jedyna pewna opcja. Za kilka lat też będziesz mieć na liczniku czterdzieści. A wtedy, chcesz czy nie, przechodzisz na niewidzialną stronę mocy. Mówię ci. Twój target to nagle skapcaniałe pryki po siedemdziesiątce. Z podagrą i uwiądem starczym, nietrzymanie moczu ci daruję, bo słyszę, że coś jesz. Dla nich, proszę bardzo, to ty będziesz małolata. A tobie, jak na ironię, zaczną się podobać młode wilki około trzydziestki, dla których menopauza to program Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jakieś pytania?

– Ależ bardzo cię proszę. Starzenie zaczyna się w głowie – stwierdziła z mocą. – I to wiem na pewno, nie muszę niczego przekraczać. Zamiast marudzić, jakbyś była pięć lat przed pomostówką, rusz swoją biedną pokrzywdzoną dupę i zacznij ćwiczyć – oznajmiła, po czym oblizała łyżeczkę. – Spadnie ci pięć kilo, a resztę ujędrnisz i tyle. A wtedy, owieczko, wilki zmienią zdanie. Rzeź masz jak w banku, bo od kogoś te bydlaki muszą się uczyć sztuki miłości, nie? Dieta i ćwiczenia, nic więcej. A, i nie łudź się, że schudniesz trzy rozmiary. Kości rozkładają się dopiero w grobie. To słowa otuchy. Żeby nie było.

I proszę, kiedy przychodziło do konkretów, Zosia zajmowała z góry upatrzoną pozycję. A była to pozycja oślicy. Która sama okładała się kijem, ale surową i niskokaloryczną marchewką gardziła; zamiast tego pożerała na noc miskę popcornu.

Mówię ci, szyk i kwik w pegieerze.

I proszę, kiedy przychodziło do konkretów, Zosia zajmowała z góry upatrzoną pozycję. A była to pozycja oślicy. Która sama okładała się kijem, ale surową i niskokaloryczną marchewką gardziła; zamiast tego pożerała na noc miskę popcornu.

Jak ostatni frajer pilnował rodziny, a później okazało się, że jego obrotną żonę… obracał niejeden. Tak że póki co żadnych długotrwałych znajomości, w których powietrze ciąży od zobowiązań i rozmaitych aproposów. Facet musi się wyszumieć, a on do tej pory był jak ten uschnięty świerczek w buchającym zielenią gaju. Pieprzyć iglaki! Dęby, tylko smagane wiatrem dęby, rąbanie drew, wióry i zatracenie.

No!

Lafirynda.

Żeby nie pojechać brutalniej z nazewnictwem.

Aż dziw, że Danka nie zabrała ze sobą przenośnej latarni ulicznej. Inne soczyste wyrazy też pchały się Zosi na usta, bo kiedy zeszła na portiernię wydać ostatnie dyspozycje, przy windzie zobaczyła swoją nieprzewidywalną siostrę, która, sądząc po dumnej minie, miała się co najmniej za królową parteru. Tudzież szatni. A wyglądała przy tym jak…

Zosia na moment zaniemówiła.

Koronka – w porządku, koronki zalewały ostatnio sklepy i wystawy, niech będzie, ale jeśli sukienka sięga kobiecie do pępka? To to już nie jest sukienka, ale gorąca sypialniana szmatka, która z wyobraźni facetów robi durszlak. Tym bardziej jeśli faceci mają przed nazwiskiem „prof. dr hab.”. I jest ich pełna nadęta sala. Na dodatek, o zgrozo, spod koronek wyglądały siostrzyczce brzegi samonośnych pończoch, a sznury pereł lśniły tak, że przed wejściem do auli powinno się rozdawać dostojnym gościom okulary przeciwsłoneczne.

Cudownie, po prostu cudownie.

Rett Butler?

Podobieństwo do aktora rzucało się w oczy, choć facet był dużo młodszy i Przeminęło z wiatrem jeszcze mu nie groziło. Brunet. Tak, bruneci coś w sobie mają, to na pewno, co zaraz potwierdziła reakcja damskiej części towarzystwa. Po salce przetoczyła się fala zaciekawienia, powietrze zadrgało od poprawianych loków i po chwili nie było już w kawiarni kobiety, która nie dźgnęłaby przystojniaka spojrzeniem. Zresztą nie ma co ukrywać, koledzy naukowcy to stworzenia wątłe i chorowite. Źle znoszą światło dzienne, ilość drzemiącej w nich męskości bynajmniej nie miażdży, tak że otrzeć się tu raczej nie było o kogo. Jeśli przy tym uwzględnić teorię dotyczącą męskiego nosa, którego rozmiar rzekomo mówi o szczęściu albo tragedii – nowy gość stanowczo deklasował obecnych na sali panów, bo kinol miał wydatny i dający do myślenia.

– Nie chcę hodować pelargonii.

Determinacji, jaka zabrzmiała w tych słowach, nie zrozumiał jedynie Mędrzycki.

– A musisz?

– A czy kobiety w pewnym wieku mają inne wyjście?

– Czasem najlepsze wyjście to wyjście na kawę. – Uśmiechnął się szelmowsko pod wąsikiem, ale zaraz spoważniał. – Ale jak już coś musisz hodować, polecam króliki. Drewniana buda na balkonie i szafa gra. Latem sypniesz trochę mlecza czy innych chwastów, a zimą masz pasztet i futerko.

– A ty? – zapytał dla odmiany Dankę.

Ta nie miała żadnych wątpliwości.

– Biust – strzeliła od razu z fantazją i wypięła się tuż pod jego nosem. – Ile mu dajesz?

– Eee…

– No właśnie, że nie E. Niestety. Marne A, i to na watę. Chciałabym mieć… – Tu ułożyła dłonie w kształt dorodnych dyń i z uznaniem nimi potrząsnęła. – Dwa meteoryty. Władzę nad waszymi żądzami. Chociaż na moment. Na chwileczkę. I wtedy mój biust wjeżdża na Stawową do McDonalda, a po kwadransie dołączam ja i wszystko przeterminowane. To uczucie…

Oskar w wersji retro wyglądał raczej komicznie, szpeciły go przylizane włosy i druciane okularki (dobrze mu tak, zawsze był ślepy i głuchy), ale uśmiech pozostał mu ten sam. Ujmujący i tak biały, że jedynkami mógł doświetlać zakamarki w piwnicy.

I taki był zwykle finał.

Owszem, zaczęła od pretensji, ale przetestowała już wszelkie próby urobienia i zmiękczenia przeciwnika: kadzidełka, pierogi z mięsem i strój pielęgniarki. Oskarek był jednak podatny na perswazję mniej więcej jak słup na ogłoszenia. Niby przyjmował do wiadomości treść, ale wszystko mu wisiało.

– Załatwiłeś? – zapytała i ustawiła się jak Britney Spears do zdjęcia. Biust do góry, warga w dół, a rozum do kosza.

Sukienkę przed pęknięciem w szwach ratowała elastyczna koronka, ale materiał i tak z trudem wytrzymywał napór. Jeśliby zmierzyć obwód głowy Danki i porównać go z objętością jej nowych atrybutów, wynik z pewnością byłby porażający.

– Piersi. To są piersi – wyartykułowała z godnością siostra.

– A rozmiar?

– O, kochana. – Danka uśmiechnęła się wniebowzięta. – Żarty się skończyły. Od dzisiaj to już nie będzie A jak w punkcie ksero. Teraz to już bardziej przypomina numerację stoiska na targach książki. – Zachichotała, a biust razem z nią i Zosia zwątpiła, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego obrazka.

Danka również nie należała do okruszków, ale dzięki żelaznej dyscyplinie i diecie pięciu przemian robiła w rodzinie za chudziutkiego elfa, a widok elfa z turbozderzakami jednak nie należy do codzienności. Nawet Tolkien tego nie dźwignął.

– E-75? – strzeliła na próbę Zosia i również się roześmiała. – Ale to bardziej jak benzyna.

– Dobre, he he. Mnie o konkrety nie pytaj, to mój pierwszy biust w życiu. Chociaż E to chyba za daleko. Może jakieś D? W każdym razie rozmiar ma znaczenie – niechętnie przyznała. – Lekko mną poniewiera po chodniku. Znaczy, ciągnie mnie w dół, muszę się od nowa uczyć chodzić. Ale i tak rewelacja, nie?

Jeśli w życiu kobiety znajdzie się piętnaście minut, podczas których nie może sobie niczego zarzucić, jest szczęściarą. Nieważne, że euforia trwa krótko. Zegar biologiczny Zosi jednak tak dawno nie odmierzał podobnych kwadransów, że teraz stała przed szafą jak oniemiała.

Bo jak nie cieszyć się z faktu, że znowu ma się włosy, a nie ażurkową czapeczkę? I to jakie włosy! Gęste, lśniące i sięgające do ramion; po prostu marzenie. I chociaż Zosia widziała na ulicy przede wszystkim kobiety z przyciętymi przy szyi falami, postanowiła gwizdać na modę i uczesała się w koński ogon. Jak on dyndał! A jaki był mięsisty. Kucyki My Little Pony ze swoimi ogonkami mogły przy niej co najwyżej zamiatać pastwisko.

Zosia posłała jej więc buziaka i wybuchnęła śmiechem, bo Danka opowiadała o swojej przygodzie na mieście. Siostrzyczkę z biustem zapakowanym w koronki (nie zapominajmy o mini i pończochach) przeniosło z peronu piątego do kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny.

Prosto na sumę.

– Jeśli mam się tam pojawić znowu, to tylko w przebraniu – kończyła właśnie relację. – W każdym razie motyw Marii Magdaleny średnio się sprawdził, bo patrzyli na mnie jak na ufo. Organki zamilkły. Staruszki co chwila się żegnały, pewnie do tej pory modlą się w mojej intencji. A w tramwaju faceci robili o tak – tu Danka wydała z siebie wysoki dźwięk i zrobiła zeza – fi… fi… fi… Jak takie małe zachwycone delfinki. Tylko z babami znowu tragedia. Mówię ci, one są tu strasznie zawzięte, jak jakieś pitbulle albo amstaffy. Jedna mnie opluła. Na sucho. To znaczy najpierw patrzyła na mnie, jakbym jej zgwałciła szesnastoletniego syna, inne zresztą tak samo, a na następnym przystanku wysiadła i powiedziała „Tfu!”. I to jak dobitnie. Wyobrażasz sobie? Tfu!

Danka potrafiła zarobić absolutnie na wszystkim. Nawet na sarnich odchodach. Gdyby ktoś przyozdobił jej wycieraczkę toną łajna, zaśmiałaby się szatańsko i użyła bobków do masowej produkcji korali, które następnie zalałyby Allegro jako czarne perły. Produkt regionalny rodem ze Śląska.

Oczy miała duże i ładne, ale doskonale wiedział, że w jednej chwili potrafią się zwęzić w dwie wredne szparki, przez co ten słodki dzióbek przeobraża się nagle we wściekłą gębę mudżahedina. Nie zwiodły go też perły na mlecznej szyi ani sukienka à la „ciągły dostęp”. Już to przerabiał i dostęp bynajmniej nie dotyczył miejskich wodociągów, mimo że rozciągał się na kilka dzielnic. Mirek zdecydowanie wolał mniej popularne fasony, za to w stylu „tylko dla wybrańców”.

Dzień był piękny jak rzadko.

Wszystko na świecie cieszyło się z odejścia zimy – kości pana Beczki również. Okładane promieniami UV zapominały o reumatyzmie, trawy wystawiały ku słońcu swoje pozieleniałe szpikulce, a od Sośniny szedł zapach krowiego łajna, które na wiosnę zalatywało czymś zupełnie innym.

Nadzieją.

– Ja nie o tym. Ja o tamtym. Faceci ciągle potrzebują polowań i impulsów. Ostatnio podsłuchałam w barze dwóch panów. Uważaj. Będzie w gwarze, lepiej oddaje dramatyzm. Wiesz, jaka kobieta jest najlepsza? „Byle jako, byle obco”. Może więc powinnyśmy się przebierać?

Zosia zachichotała rozbawiona.

– Z przebieranek mogę odradzić pielęgniarkę. Niby wypaliła, ale pacjent zażądał diagnostyki jąder. A mnie już te jądra… No, amputowałabym najchętniej, jeśli mam być szczera.

– Tępym nożykiem? – podłapała ochoczo Danka. – Ja na upartego szarpnęłabym się nawet na rentgen powrózka nasiennego, nie ma sprawy. Tylko że to ciągle będę ja. Danka Haba. A podnieca tylko nieznane.

Wbrew pozorom była romantyczką.

Połowiczną i utajoną, bo do pewnych pragnień w obawie przed śmiesznością nikomu by się nie przyznała, ale jednak. Przed kilkoma miesiącami zakończyła swój długoletni związek z pewnym muzykiem, ale po tygodniu żałoby już zaczęła biegać na randki i od nowa marzyć o miłości swojego życia. Wspierała się przy tym teorią statystyczną. Na stu poznanych mężczyzn musiało się przecież znaleźć co najmniej dwóch interesujących. Na razie przerabiała numer dwudziesty dziewiąty.


„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska