Danka wcinała ze smakiem serniczek z brzoskwiniami i rozemocjonowana po raz kolejny weszła na stronę „Dziennika Zachodniego”, gdzie przed tygodniem znalazła ciekawy artykuł: „Dieb to złodziej. Diebel – złodziej, co rządził Katowicami”. A ponieważ w pokoju, który dzieliła z dokumentalistką, nie było dziwnym trafem nikogo, postanowiła dać ujście swojemu ożywieniu. Bo tłamszenie w sobie rozmaitych treści zupełnie mijało się z celem. Miała dostać nadciśnienia albo pryszczy? A w życiu!

Zadzwoniła do siostry.

– Zosia, musisz coś przeczytać. Znowu znalazłam Diebla!

– Muszę to ja zrobić coś z tą wstrętną gębą – usłyszała w odpowiedzi. – Ale ze zdenerwowania trzęsie mi się ręka.

– A możesz mnie nie obrażać? Bo dziwnym trafem moja gęba jest bardzo podobna do twojej. I sobie chwalę.

– Jasne. – Zosia sapnęła z irytacją. – I jeszcze mi powiedz, że Bóg jest kobietą.

– Uuu, widzę, że grubszy szpadel. A czemuż to do naszej miłej pogawędki pakujesz Boga, jeśli mogę spytać? Jakoś nie widzę związku.

– Bo właśnie stwierdziłam, że on na mur beton jest facetem. Żadna kobieta nie wymyśliłaby cellulitu. I tego, że jeśli chce się w pewnym wieku wyglądać, jedyne wyjście to makijaż. Godzina durnego gruntowania płótna, a po następnej godzinie i tak przypominasz karpia w galarecie. Już nie wspomnę o tym, że kiedy przekraczasz czterdziestkę, stajesz się dla facetów przezroczysta. Przezroczysta! Przygotuj się.

– Poważnie? – Danka usiłowała obrócić przemówienie siostry w żart, ale ta najwyraźniej dopiero się rozkręcała. – To może ja już kupię sobie balkonik?

– Śmiej się, śmiej – powiedziała złowieszczo Zosia, ale już zaczynała brzmieć lepiej. – Pelargonie to niestety jedyna pewna opcja. Za kilka lat też będziesz mieć na liczniku czterdzieści. A wtedy, chcesz czy nie, przechodzisz na niewidzialną stronę mocy. Mówię ci. Twój target to nagle skapcaniałe pryki po siedemdziesiątce. Z podagrą i uwiądem starczym, nietrzymanie moczu ci daruję, bo słyszę, że coś jesz. Dla nich, proszę bardzo, to ty będziesz małolata. A tobie, jak na ironię, zaczną się podobać młode wilki około trzydziestki, dla których menopauza to program Ministerstwa Edukacji Narodowej. Jakieś pytania?

Danka nabrała powietrza, bo Zosia o pewnym młodym wilku nawijała ostatnio bezustannie, ale po chwili przezornie zamilkła. Swoją drogą, to miło, że profesor tak owocnie współpracował z Muzeum Śląskim. W końcu pojawiła się okazja, żeby zobaczyć obiekt westchnień sfrustrowanej siostry, więc zadbała, żeby na uroczystość pożegnania oddelegowano właśnie ją.

Jeśli nie chciała się spóźnić, powinna już wychodzić.

– Owszem, mam jedno. Czy zderzyłaś się dzisiaj z czołgiem? – zapytała może niezbyt uprzejmie, ale tylko w ten sposób mogła oszczędzić na czasie. – Bo bredzisz, jakby ci lufa przebiła mózg. Poza tym poczytaj sobie o dysmorfofobii. Jesteś klasycznym przypadkiem. Nawet nie chcę myśleć, jakie bzdury będziesz wygadywać po pięćdziesiątce. Ty się faktycznie zaczęłaś starzeć. Umysłowo.

– Bardzo ci dziękuję.

– Ależ bardzo cię proszę. Starzenie zaczyna się w głowie – stwierdziła z mocą. – I to wiem na pewno, nie muszę niczego przekraczać. Zamiast marudzić, jakbyś była pięć lat przed pomostówką, rusz swoją biedną pokrzywdzoną dupę i zacznij ćwiczyć – oznajmiła, po czym oblizała łyżeczkę. – Spadnie ci pięć kilo, a resztę ujędrnisz i tyle. A wtedy, owieczko, wilki zmienią zdanie. Rzeź masz jak w banku, bo od kogoś te bydlaki muszą się uczyć sztuki miłości, nie? Dieta i ćwiczenia, nic więcej. A, i nie łudź się, że schudniesz trzy rozmiary. Kości rozkładają się dopiero w grobie. To słowa otuchy. Żeby nie było.

– Dopiero w grobie? Jak miło z twojej strony – ucięła na pozór chłodno siostra, ale w końcu porzuciła temat. – Dobra, mów, co z tym Dieblem, bo maluję oko.
I proszę, kiedy przychodziło do konkretów, Zosia zajmowała z góry upatrzoną pozycję. A była to pozycja oślicy. Która sama okładała się kijem, ale surową i niskokaloryczną marchewką gardziła; zamiast tego pożerała na noc miskę popcornu.

– Mówię ci, że to jest nasz przodek. Sprawdź link do artykułu, masz go na poczcie – zawiadomiła Danka, szukając wzrokiem torebki. – Może zdążysz przeczytać, zanim przekwitniesz i w końcu cię olśni. Haba! Przecież ze śląskiego to „kradzież”! Iść na haby, łapiesz? A z niemieckiego Dieb znaczy „złodziej”. Pamiętasz, co powiedział przed śmiercią ojciec? Że jakiś nasz praprapra był w mieście ważną figurą i potem musieliśmy zmienić nazwisko. Obiecaj, że w wakacje poszukamy w archiwach dokumentów.

Zosia miała irytujący zwyczaj ignorowania czegoś, co nie było potwierdzone naukowo. A dla Danki postać Louisa Diebla, czyli pierwszego burmistrza Katowic, który nosząc wymowne nazwisko Złodziejski, obrabował po kilku latach urzędowania kasę miejską i zwiał do Ameryki, była od miesięcy tematem może nie najważniejszym, ale na pewno elektryzującym. A już na pewno poruszała w niej żyłkę zawodową. I nie tylko zawodową. Jako osoba praktyczna Danka widziała z takiego powinowactwa bardzo konkretne korzyści. Wywiady, reklamy, może nawet awans. I książka. Koniecznie książka. Skoro kobiety zarabiają na prezydencie, burmistrz w rodzinie też obleci. Napisze o tym, jak budził się w niej Diebel, dołączy materiał historyczny, bo zebrała go już całkiem sporo, i parę tysięcy wpadnie. Zosia kompletnie tego nie czuła, ale jeśli teoria się potwierdzi, Diebel mógł być dla nich prawdziwą żyłą złota.

Złodziej.

Wielkie rzeczy.

Może to po nim ma zamienianie cichaczem cen w marketach?

– Zobaczymy – odpowiedziała wykrętnie Zosia, a w jej głosie zabrzmiała jakaś nowa nuta. Zupełnie jakby coś ukrywała, choć nie lubiła przecież tajemnic i intryg. Dziwne. – Jesteś gotowa?

– Gotowa jestem już od rana – zapewniła Danka. – W autobusie co prawda trochę dziwnie na mnie patrzyli…

– Wsiadłaś do autobusu w wieczorowej kiecce?! O siódmej rano?

– A miałam ją zapakować do walizki? – spytała, obciągając sukienkę na… biuście.

No tak, ale coś, co jest prawie wklęsłe, trudno nazwać biustem. Jednak w przeciwieństwie do Zosi Danka nie zamierzała się nad pewnymi kwestiami zastanawiać. Nic jej przecież od tego nie urośnie.

– Ubrałam się od razu i zrobiłam furorę w sześć siedem cztery. Mówię ci, szyk i kwik w pegeerze.

– Wyobrażam sobie – mruknęła bez przekonania Zosia.

Jednak pewne cuda trudno sobie wyobrazić.

Danka pożegnała się i przygotowała do wyjścia, zerkając w przelocie na swoje odbicie. W koronkowej sukience, która zachęcająco odsłaniała uda, odwracając w ten sposób uwagę od płaskowyżu na teoretycznym „popiersiu”, czuła się wybornie. I co z tego, że przed wojną nie noszono mini?

Phi!

Ma przecież długie rękawiczki i naszyjnik z pereł, poza tym seks jest i zawsze był modny, bez względu na epokę. „Dodajmy trochę smaczku do historii” – w pracy muzealnika, nie bez przyczyny, to było jej ulubione motto. Więc dodała, a koledzy z działu obsypali ją komplementami.

I jak tu nie mieć dobrego humoru?

Błękitny nieboskłon zasłaniała tylko jedna czarna chmurka. Wspomniana w rozmowie z siostrą walizka. A właściwie skórzana teczka, do której musiała zapakować laptopa i dokumenty – niedziela zapowiadała się, niestety, pracowicie. Jak zwykle to na nią spadło najwięcej obowiązków przy organizowanej przez muzeum wystawie o Wielkich Katowicach. Ale co tam teczka, najwyżej zostawi ją u Zosi w gabinecie. Żadne walizki i inne barachła nie będą jej odbierały dzisiaj wdzięku.

Męski świecie humanistów – drżyj!

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska