Na Rynek dotarła jeszcze wzburzona, ale kiedy stanęła na placu, z wrażenia zapomniała o wszystkim. Zupełnie jak Alicja z Krainy Czarów otworzyła szeroko oczy i chłonęła to, co dookoła, a potem ruszyła z kopyta i okrążyła ten… placyk.

Rynek był dużo, dużo mniejszy.

A to dlatego że stało tu więcej budynków. Aktualnie przetaczała się przez niego fala przechodniów, dwa samochody, tramwaj, dorożka i autobus i, jak Zosia przypuszczała, „korek” kojarzono tu co najwyżej z flaszką wina. Mając w pamięci współczesny plac – wielki i gruntownie przebudowywany, który przypominał najruchliwsze mrowisko w lesie tudzież Armagedon w przerwie na lunch – można się było nieźle zdziwić.

Mężczyźni paradowali w słomkowych kapeluszach, panie dreptały w eleganckich sukienkach, ale widziało się też dzieciaki w przykrótkich portkach i Ślązaczki ubrane w tradycyjne czarne spódnice przepasane fartuchem. Nikt nie patrzył nerwowo na boki, nie pędził przed siebie zdenerwowany, przez co tutejsi katowiczanie o wiele bardziej przypominali ludzi niż miejskie roboty.

Czy ona przypadkiem nie zaczynała się czuć w tych czasach odrobinę za dobrze?

– Ty giździe pieroński, ty! – Za samochodem, który przejechał Warszawską z obłędną prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę, wymachiwała kijem jakaś zażywna babuleńka. – Porządnych ludzi straszy, chuligan jeden… Wynalazki! Kto to widział tak pędzić?! Koniec świata.

Zosia uśmiechnęła się pod nosem.

Spędziłaby na Rynku z pewnością dużo więcej czasu, ale pod teatr zajechał właśnie autobus do Chorzowa. Autobus! Był tak samo zabytkowy jak inne samochody, tyle że jego wydłużony tułów upodabniał go do jamnika. A w środku sen o potędze komunikacji miejskiej. Skórzane siedzenia, chromowane uchwyty, zasłonki; wszystko lśniło i kwiliło. Kierowca otworzył jej z galanterią drzwi i tu Zosia przeżyła chwilę grozy, bo przejazd do Dębu kosztował całe pięćdziesiąt groszy, ale jednak kosztował. Sięgnęła po portfel. Rano wkładała tam co prawda dwieście złotych, ale nie łudźmy się, było to tego samego poranka, kiedy pod pachami zwisały jej flakowate błony, które nietoperzom pomagają unosić się w powietrzu, ale tłuściochom przypominają o sile ciążenia.

A jednak udało się.

Nie miała pojęcia, jak te całe przenosiny w czasie działały, ale działały na jej korzyść, bo w portfelu zobaczyła dwie podobizny Poniatowskiego i całą garść drobnych. Ha, kolejny problem z głowy. Szczęście nie opuszczało jej także w podróży; już pod teatrem usiadł obok niej sympatyczny staruszek, który po ciekawskich spojrzeniach wziął Zosię za turystkę i nie miał nic przeciwko roli przewodnika.

Dzięki temu dowiedziała się, że po lewej, za parkiem, znajdują się zabudowania huty Marta i sama huta, a po prawej… Danka by się nie ucieszyła. Budynek muzeum wcale nie należał do muzeum, a w okolicy dzisiejszego hotelu Katowice, stał „zamek”. Ale taki jakiś niezamkowaty, już bardziej przypominał willę niż siedzibę monarchów. Nie zdążyła zapytać, kto był właścicielem, bo ją zatkało. W miejscu Spodka, tego samego Spodka, który stał się symbolem miasta, wyrastał gigantyczny kompleks budowli otoczony wysokim murem. Staruszek nazwał go Dworem Marii. Kiedyś były tam podobno garaże, stajnie, obory i chlewiki należace do huty. Ciekawe. Zamek nie wyglądał na zamek, a to, co go przypominało, było przeznaczone dla świń.

Ale widocznie Katowice zawsze zdumiewały kontrastami.

Sama Chorzowska również nieco Zosię rozczarowała. Tyle razy jeździła tą ulicą spóźniona, tyle się tu naprzeklinała, aż wreszcie zrobiono pod rondem tunel i problem zniknął. Główna arteria miasta wyglądała jednak tymczasem biedniutko i mizernie. Wyłożona brukiem, była zwykłą dwukierunkową drogą, przy której stały dwie huty, kopalnia, trochę kamienic i sporo krzywych domków otoczonych płotami i wyschniętym w słońcu błotem.

Ale już w w okolicach huty Baildon Zosi zaczęło gwałtownie bić serce.

Widok Dębu z familokami, pysznymi kamienicami i czerwieniejącym pośród nieba szpicem kościoła przypomniał jej czasy sprzed budowy trasy średnicowej. Może i była sentymentalna, ale taki kawał dzielnicy odszedł w zapomnienie… Owszem, Chorzowska na tym odcinku już ledwo zipała i wyglądała jak z wiersza Tuwima o strasznych mieszkańcach, reanimacja była konieczna, ale może wspomnienia mają to do siebie, że człowiek przywiązuje się do budki z frytkami, a kiedy ta znika, czuje stratę jak po zburzeniu katedry?

Z autobusu wysiadła przy pomniku Powstańca, pokontemplowała przez chwilę wylot ulicy, gdzie bynajmniej nie prześwitywały bloki Tysiąclecia, i przejęta ruszyła przed siebie.

Do domu.

Cmentarz, kilka ubożuchnych chatynek z maleńkimi oknami i…

Jej kamienica!

Pierwszym zaskoczeniem był ogródek. Bo do tej pory przed domem występował gąszcz urozmaicony psem sąsiada. Działało tu sprzężenie zwrotne, i z kolei pies sąsiada urozmaicał gąszcz. To znaczy nawoził. Od wiosny po zimę. A że od naturalnego nawozu wszystko rośnie jak szalone, przed oknami pleniły się najrozmaitsze chwasty, krzaki i co tylko. Teraz dla odmiany z ziemi eksplodowały bratki, stokrotki i tulipany, a grządki były równiuteńkie, podobnie jak ścieżki. Zamiast psa na schodach leżał rudy kocur, który na widok Zosi uniósł pyszczek, po czym jednak wrócił do rozkoszowania się popołudniem.

Zosia miała nogi jak z waty.

Już rozmyślała nad hotelem, bo podwórko również wyglądało obco, kiedy przy wejściu zobaczyła siedzącą na ławeczce rumianą kobietę, która zapamiętale coś szydełkowała. Na jej widok uśmiechnęła się i potrząsnęła siwą głową.

– Pochwalony. No, a niech tam panienka biega na górę, bo Beczka jej znowu zwiał. Nad Rawę poszli ciupać w szkata, wiadomo. I kieszenie wypchane. Gorzałkę nieśli, psubraty, przecie od razu widać. Ale Beczkowa to z motyką na słońce się porywa. Z chłopami i gorzałką to tu jeszcze żadna nie wygrała.

Beczka? Kobiecina przemawiała do niej, jakby się znały, ale Zosia nadal niczego nie rozumiała. Przywitała się jednak grzecznie, odwzajemniła uśmiech i weszła na piętro, gdzie pod sufitem unosiła się jeszcze warstwa dymu, a po zapachu można było wnioskować, że ktoś przypalił słoninę. Jednak za drzwiami mieszkania Danki zamiast znajomego szemrania radia usłyszała rumor i potępieńcze jęki jakiejś obcej baby; w każdym razie dźwięki średnio zachęcające do wspólnej herbatki. Stchórzyła. Zamiast zapukać, przemknęła cichcem na poddasze. I tu najidiotyczniej w świecie zaskrobała do własnych drzwi, choć przecież mogła zadzwonić.

To, co nastąpiło później, trudno opisać słowami.

Najpierw usłyszała spłoszony głos swojej siostry pytający „Kto tam?”, później zatrzeszczał otwierany zamek, a potem już wisiały sobie w objęciach. Tylko że Zosi wisiało się inaczej. Danka po cichu kwiczała, a pod sukienkę musiała wpakować poduszkę, bo leżało się na niej miękko i wygodnie jak nigdy.

Po okrzykach radości, po ochach i achach i opisaniu przez Zosię „lądowania” na placu Sejmu Śląskiego popatrzyły na siebie, jakby nie widziały się co najmniej kilka lat, i zaraz wyszło na jaw, że podejrzane miękkości Danki to nie żadna poduszka, ale żywa tkanka piersiowa. Na dodatek występująca na siostrze obficie.

– Jesteś cycata! – wykrzyknęła Zosia i zrobiła krok do tyłu, żeby mieć lepszy widok. – I ta straszna kiecka zaraz ci wyciśnie z… tych tych… mleko.

Sukienkę przed pęknięciem w szwach ratowała elastyczna koronka, ale materiał i tak z trudem wytrzymywał napór. Jeśliby zmierzyć obwód głowy Danki i porównać go z objętością jej nowych atrybutów, wynik z pewnością byłby porażający.

– Piersi. To są piersi – wyartykułowała z godnością siostra.

– A rozmiar?

– O, kochana. – Danka uśmiechnęła się wniebowzięta. – Żarty się skończyły. Od dzisiaj to już nie będzie A jak w punkcie ksero. Teraz to już bardziej przypomina numerację stoiska na targach książki. – Zachichotała, a biust razem z nią i Zosia zwątpiła, czy kiedykolwiek przyzwyczai się do tego obrazka.

Danka również nie należała do okruszków, ale dzięki żelaznej dyscyplinie i diecie pięciu przemian robiła w rodzinie za chudziutkiego elfa, a widok elfa z turbozderzakami jednak nie należy do codzienności. Nawet Tolkien tego nie dźwignął.

– E-75? – strzeliła na próbę Zosia i również się roześmiała. – Ale to bardziej jak benzyna.

– Dobre, he he. Mnie o konkrety nie pytaj, to mój pierwszy biust w życiu. Chociaż E to chyba za daleko. Może jakieś D? W każdym razie rozmiar ma znaczenie – niechętnie przyznała. – Lekko mną poniewiera po chodniku. Znaczy, ciągnie mnie w dół, muszę się od nowa uczyć chodzić. Ale i tak rewelacja, nie? A ty? – Danka już od dłuższej chwili przyglądała się z uznaniem siostrze, choć nawet i przy tej okazji nie potrafiła się powstrzymać i głaskała swoje wypukłości.

– Tak. Znowu jestem smarkulą i mam dzieści kilo mniej – dokończyła Zosia. – Wybacz, staruszko, zaraz będę ci gratulować oddechu i tak dalej, ale najpierw muszę to zobaczyć. Muszę! Gdzie jest lustro?

Rozejrzała się i stwierdziła, że pokój był co prawda ten sam, ale o przytulności nie mogło być mowy. Po jej biblioteczce nie został nawet ślad. Na wyposażenie poddasza składały się dwa metalowe łóżka, szafa, komoda, umywalka z ceramiczną miską, dzbankiem i ręcznikami oraz lampa i maleńki stoliczek. Ściany miały turkusowy kolor pociągnięty białym wzorkiem, w oknach wisiały pożółkłe firanki, a ohydną podłogę z czerwonych desek przykrywał sznurkowy dywanik. Aha, a jeśli chodzi o drobiazgi, to wcięło gdzieś łazienkę. W kącie, gdzie powinien znajdować się kibelek, zobaczyła krzesło. Bez jednej nogi, za to pod spodem stał wielki, emaliowany nocnik.

– Lustro masz w szafie – rzuciła Danka. – Zosia, co ja przeżyłam!

– Ty do mnie mów, ja cię słucham, tylko się tu pozachwycam – zapowiedziała.

Jeśli w życiu kobiety znajdzie się piętnaście minut, podczas których nie może sobie niczego zarzucić, jest szczęściarą. Nieważne, że euforia trwa krótko. Zegar biologiczny Zosi jednak tak dawno nie odmierzał podobnych kwadransów, że teraz stała przed szafą jak oniemiała.

Bo jak nie cieszyć się z faktu, że znowu ma się włosy, a nie ażurkową czapeczkę? I to jakie włosy! Gęste, lśniące i sięgające do ramion; po prostu marzenie. I chociaż Zosia widziała na ulicy przede wszystkim kobiety z przyciętymi przy szyi falami, postanowiła gwizdać na modę i uczesała się w koński ogon. Jak on dyndał! A jaki był mięsisty. Kucyki My Little Pony ze swoimi ogonkami mogły przy niej co najwyżej zamiatać pastwisko. Zmarszczki też zniknęły. Mogła się uśmiechać, przy oczach nie robiły jej się już kurze łapki, po bruzdach przy ustach również nie było najmniejszego śladu.

Podsumowując, brunetka w lustrze wyglądała jak róży kwiat. Nic dodać, nic ująć. Zosia posłała jej więc buziaka i wybuchnęła śmiechem, bo Danka opowiadała o swojej przygodzie na mieście. Siostrzyczkę z biustem zapakowanym w koronki (nie zapominajmy o mini i pończochach) przeniosło z peronu piątego do kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny.

Prosto na sumę.

– Jeśli mam się tam pojawić znowu, to tylko w przebraniu – kończyła właśnie relację. – W każdym razie motyw Marii Magdaleny średnio się sprawdził, bo patrzyli na mnie jak na ufo. Organki zamilkły. Staruszki co chwila się żegnały, pewnie do tej pory modlą się w mojej intencji. A w tramwaju faceci robili o tak – tu Danka wydała z siebie wysoki dźwięk i zrobiła zeza – fi… fi… fi… Jak takie małe zachwycone delfinki. Tylko z babami znowu tragedia. Mówię ci, one są tu strasznie zawzięte, jak jakieś pitbulle albo amstaffy. Jedna mnie opluła. Na sucho. To znaczy najpierw patrzyła na mnie, jakbym jej zgwałciła szesnastoletniego syna, inne zresztą tak samo, a na następnym przystanku wysiadła i powiedziała „Tfu!”. I to jak dobitnie. Wyobrażasz sobie? Tfu!

– Wiesz – Zosia uniosła rozbawiona brwi – mnie to zawsze zastanawiało, że ty niby robisz w sztuce, ale jak się czasem ubierzesz…

– To co? – zapytała wyzwywająco Danka.

– To studenci scenografii mogliby się od ciebie sporo nauczyć.

– Po prostu mam swój styl – ucięła wyniośle siostra i z lubością wsadziła nos we własny dekolt. – Co za widok. Chcesz zobaczyć bez stanika? – spytała zachęcająco, ale o taką dociekliwość Zosi nie podejrzewała. – Żartowałam, sprawdzam, czy zniesmaczona nadal wyglądasz młodo. À propos studentów. Ten twój love boy, Mirek… Spotkałaś go? Przecież był z nami na peronie. Słuchaj, a może my powinnyśmy sobie na trzy-cztery trzasnąć po gębie?

Zosia wypuściła powietrze. Za Danką trudno było czasem nadążyć, ale poruszyła właśnie strunę, która drgała już od dłuższej chwili. Cholerny Mędrzycki. Czemu tak się o niego martwiła?

– A nie możemy powiedzieć trzy-cztery i tylko ja ci przywalę? – Zatrzepotała rzęsami i złożyła usta w ciup. – Ale musimy coś postanowić. Fakt. Już się próbowałam szczypać. I nadal tu jestem. Nie śnisz mi się ani ty, ani to wszystko. – Pokazała z pretensją na kulawe krzesło. – A chyba nie mamy tego samego snu jednocześnie. To co, idziemy na dworzec?

– W celu?

– W celu zmycia się stąd.

– A biust?! Nie ma mowy. Nie pozwolę, żeby mi go ucięło! Poza tym ty nie widzisz możliwości. Popatrz. – Danka wykonała energiczny wymach ręką, ale jedyne, co Zosia zobaczyła, to nocnik. – Przecież ci ludzie nawet nie wiedzą, co to są chusteczki higieniczne.

– I?

– Albo gumy do żucia.

– I? Usłyszę w końcu jakąś pointę?

– Betoniarko, wiesz, jakie tu są możliwości zarobku?!

Danka.

Jej własna siostra.

Z jednej strony potrafiła filcować wełnę na fikuśny naszyjnik albo czytać Historię architektury i zachwycać się secesją, z drugiej – nie miała żadnych skrupułów, żeby przywłaszczyć sobie jakiś duperel w markecie (drobnych sprzedawców oszczędzała) czy notorycznie jeździć na gapę środkami komunikacji miejskiej. Jeśli znalazłaby czyjąś torebkę, a w niej milion dolarów, myśl o poszukiwaniach właścicielki nie miałaby do niej dostępu, ale jednocześnie działała jako wolontariuszka w ochronce w Lipinach i dla tych dzieciaków była gotowa zrezygnować z premii. Podczas dyskusji, bo Zosia nieustannie wałkowała temat, broniła się filozofią, według której światem rządzą bogacze i ci nie zbiednieją, jeśli od czasu do czasu złożą na jej ręce skromny datek. To, że datek był najzwyklejszą kradzieżą, uważała za kwestię nazewnictwa. I gadaj tu z taką.

Pani kustosz kleptomanką!

Czy ktoś słyszał o podobnym kretyństwie?

W tym momencie Zosię przeszedł dreszcz, a z tyłu głowy coś szepnęło jej zdradziecko:

„Diebel”.

Przecież i z niego był niezły gagatek.

Nagłe skojarzenie sprawiło Zosi taką przykrość, że aż się skurczyła. I z całych sił postanowiła wymazać to ohydne nazwisko z pamięci. Co za absurd! Jakim cudem facet żyjący w dziewiętnastym wieku mógł aż do dzisiaj tryskać genami i mieszać w jej rodzinie? Coś się tam przecież mutuje, zmienia, poza tym to tylko hipoteza, nic pewnego.

Musiała się czymś zająć. Zaraz, natychmiast. A że kłótnia z siostrą była zawsze niezawodnym sposobem na wszelkie smutki, Zosia podeszła do szafki z miską, gdzie leżała kostka szarego mydła, i rzuciła ją Dance na kolana.

– Tak? Możliwości zarobku? To masz, spryciaro, wystrugaj z tego iPoda.
Siostra posłała jej wyniosłe spojrzenie.

– A ty wiesz, jaka impreza będzie tu za dziesięć lat? – strzeliła pytaniem w Zosię, która po raz kolejny uświadomiła sobie, że tacy ludzie nigdy nie zginą.

Danka potrafiła zarobić absolutnie na wszystkim. Nawet na sarnich odchodach. Gdyby ktoś przyozdobił jej wycieraczkę toną łajna, zaśmiałaby się szatańsko i użyła bobków do masowej produkcji korali, które następnie zalałyby Allegro jako czarne perły. Produkt regionalny rodem ze Śląska.

Aż strach pomyśleć, co wykombinuje teraz.

– Nie wiem. Ale ty masz plany marketingowe na kilka dekad do przodu, tak że na pewno mnie oświecisz.

– Ba, za jakie dziesięć! – Danka aż się zapowietrzyła. – Już za parę miesięcy będzie wesoło. Wielki kryzys, dziewczynko. Krach na giełdzie, kumasz? A potem druga wojna światowa.

– Ty jednak jesteś wstrętna – stwierdziła Zosia z takim zaskoczniem, jakby właśnie odkryła rad.

– Wiem! Znam cię, pewnie uważasz, że skoro już tu jesteśmy, powinnyśmy wziąć kijaszek i zawracać nim Rawę. Może zamach na Hitlera? Nie? Bombka w neseserze Ribbentropa?

– A może tych ludzi po prostu trzeba ostrzec?!

– Których ludzi na przykład? – Danka podeszła do okna i zerknęła na podwórko. – Tę babcię, która coś tam haftuje?

– Szydełkuje. A choćby nawet.

– Tak? To bardzo proszę. Idź zbawiać świat. Może babcia zrobi na szydełku czołg… Jeśli nie weźmie cię za wariatkę.

– To co robimy? – Zosia poddała się, choć rezygnacja z wzniosłych ideałów nie przeszła bezboleśnie.

Westchęła i odruchowo sięgnęła do stolika, na którym wśród rozrzuconych lekarstw leżała jakaś broszura. Kartka przedstawiała rysunek młodego dziewczęcia ze skromnie opuszczonymi powiekami, a pod spodem znajdował się tekst. Przeczytała go i nieoczekiwanie parsknęła śmiechem.

– Posłuchaj tego… Jak grzecznie odmówić tańca zbyt natrętnemu kawalerowi. A tak przy okazji, jesteśmy zaproszone dziś wieczór na raut. Do urzędu. Panna powinna poważnie patrząc mu w oczy powiedzieć: Odejdź ode mnie, pokuso szatańska, potrawo śmierci wiecznej. I komentarz: Prawdopodobnie młodzian oddali się.

Dankę fragmencik rozbawił niemal do łez. Kazała go sobie czytać po kilka razy, a później z wyraźnym żalem zapytała:

– I ty się chcesz oddalić z takiej epoki? Zaraz, czy ktoś tu mówił o raucie? – zbystrzała. – Jesteśmy zaproszone na raut?!

– Nie ma mowy. W tej wyciskarce do mleka nigdzie nie pójdziesz

– Ale tu są jakieś ubrania. – Danka z ogniem w oczach rzuciła się do szafy, jednak znalezione rzeczy były zaledwie czyste i schludne, żeby nie powiedzieć skromne. A każda kobieta ma świadomość, że słowa opisujące kreację wieczorową powinny brzmieć nieco inaczej. Na przykład szałowa i olśniewająca. Albo w przypadku niektórych osób: stonowana i elegancka. – To może skoczymy do H&M? – palnęła z rozpędu, przyglądając się z odrazą plisowanej spódniczce, która sięgała jej do połowy łydki. – W tym bym nie poszła nawet ze śmieciami.

– Nie wiem, czy H&M ma aż tak długą tradycję. Poza tym w niedzielę panują tu inne trendy, a na miejscu Silesii stoi kopalnia, tak że z twoich planów raczej nici. – Zosia sprowadziła siostrę na ziemię.
I to dość skutecznie, jak się okazało, bo Danka zamarła i otworzyła szeroko oczy.

– Laptop… I portfel. Walizka, nie mam walizki! Zaraz się załamię. Cała moja praca poszła na marne – biadoliła. – Miałam tam wszystko, rozumiesz? Wszystkie moje notatki, materiały, artykuły. Te na wystawę o Katowicach i te o Dieblu.

Zosia rozumiała doskonale. Jutro miała wygłosić bardzo ważny wykład, przesłać artykuł do publikacji, o konferencji naukowej nawet bała się w tym momencie myśleć. Znowu wróciły więc do punktu wyjścia.

– Czyli co? Dworzec? – podsunęła usłużnie.

Danka skinęła głową. Z cierpieniem wymalowanym nie tylko na twarzy, ale i na biuście, który z żalu zaczął jej falować niczym łany żyta w wietrzny dzień.

– Ale najpierw pójdziemy do mojego mieszkania – postanowiła. – Może jakimś cudem walizkę doteleportowało na miejsce. A to? – Wskazała z zainteresowaniem na kuferek, który Zosia postawiła przy łóżku. – Już to gdzieś widziałam.

– Dostałam od profesora. U ciebie mieszka chyba jakaś Beczka – zagaiła pospiesznie Zosia.

– Ktoś mieszka. Jakaś durna baba tłucze się po mojej kuchni jak poparzona.

– Tłucze się, bo musiała coś przypalić. Okrutnie śmierdzi.
Danka, pełna niepokoju, wciągnęła nosem powietrze.

– Faktycznie. Daje po dziurkach, jakby ktoś opalał ze świni szczecinę. Przypaliła? Przecież ja niedawno kupiłam nowe garnki!

margin

Oprócz miłości do literatury, samochodów i wszystkiego, co posiadało silnik, Mirek Mędrzycki miał jeszcze jedną słabość, z którą w żaden sposób nie potrafił wygrać, choć zwycięstwo by się przydało, bo od klęsk rósł mu powoli brzuszek.

Słodycze.

Na widok zwykłego ptysia Mirka aż szarpało i nie było siły, codziennie musiał wypić kawę i zjeść coś słodkiego. Goliat podzielał zboczenie swojego pana, a już za ciastami wręcz przepadał, dlatego w Café Otto czuł się jak w raju. Najpierw dostał kawałek tortu, a potem wmłócił szarlotkę z bitą śmietaną, którą kelner położył przed nim na talerzyku. Z najprawdziwszej porcelany, a jakże. Bynajmniej nie wpuszczano do tego zacnego lokalu czworonogów, ale psina w cylindrze wszędzie robiła furorę, poza tym Mirek wcisnął do ręki portiera przyjemnie szeleszczący papierek.

Było go stać.

W kieszeniach znalazł dwa pękate zwitki banknotów o najwyższych nominałach. A z tego, co mówił ten gadatliwy rudzielec, Grześ Nawiązka, który, zdaje się, był jego wspólnikiem, powodziło im się nadspodziewanie dobrze. Samochód, firma handlująca ropą, dwie kamienice, prywatna willa i służba. Willi jeszcze Mirek nie widział, o służbie myślał z przerażeniem, dlatego ucieszył się, kiedy jego nowy kompan zaproponował lans w centrum. Była niedziela i podobno spędzenie jej w całości w domu zostałoby uznane za dziwactwo. Porzucił więc na razie myśl o dworcu, w końcu od wypicia kawy i zjedzenia kawałka wybornego tortu Sachera świat się nie zawali, a tunele czasowe się nie pozapychają.

Chyba.

Ale mieć taką możliwość i nie odwiedzić Kryształowej, która przed wojną słynęła jako najbardziej elegancka kawiarnia w mieście? Tego by sobie nie darował. I była to jak najbardziej słuszna decyzja, bo dla Café Otto stracił głowę już kilka metrów przed lokalem. Mgiełka arabiki otulała przechodniów, trotuary, samochody, drażniła nozdrza i po prostu zmuszała, żeby wstąpić na filiżankę. Kamienicę zdobił szyld w kolorze najczarniejszej czekolady, a wnętrze…

Kryształowe żyrandole, marmurowe stoliki, obrazki, bibeloty, bibelociki. W każdym razie chińszczyzny zero, za to klasa, wysmakowana obfitość i sznyt. Musiałaby to wszystko zobaczyć pani, która dokonała tu takiej kuchennej rewolucji, że po wyjściu z lokalu czuło się przede wszystkim smaczek lingwistyczny, bo „żur śląski” widniał w menu jako „Traditional Polish sour soup”. Mirek nie podzielał optymizmu właścicielki, Ślązacy znają języki. I to od dawna.

Jego dzisiejsza wizyta w kawiarni była tego najlepszym dowodem. Na sali słyszało się nie tylko polski i niemiecki, ale również francuski – dama na kanapie tłumaczyła coś dżentelmenowi we fraku i co chwilę dolatywało od okna jej zdumione „Oh mon Dieu!”.

– Stary już jest – rzucił znad filiżanki Nawiązka, ale Mirek aktualnie był zajęty zupełnie czymś innym.

Już dawno odkrył, że jego wydatny nos to źródło udręki, ale i rozkoszy jednocześnie. Zmysł węchu miał rozwinięty niemal tak samo jak Goliat i teraz dla przykładu pachniało mu topionym masłem i wanilią. Na domiar złego kuchcik układał w przeszklonych witrynkach coraz to nowe wypieki. Makowce, serniki, pączki…

Zosia bardzo lubiła pączki.

– Ile tu jest peronów? – zapytał rudzielca i siłą woli zmusił się, żeby odwrócić wzrok od ogromniastego tortu, jaki zajechał właśnie pod kontuar. – Mam na myśli dworzec.

– Z tego, co mi wiadomo, to siedem.

– A nie pięć?

– Pięć, ale są jeszcze dwa przy towarowym. Trzeba dojść. A czemu?

– A nic, mam tam dzisiaj sprawę.

– Sprawę, Mędruś, to ty masz dzisiaj tutaj. – Nawiązka spojrzał wymownie na faceta we fraku. – A za parę godzin następną. Na balu. Czarna Zośka. – Zniżył głos. – I w ogóle trzeba zebrać chłopaków i ustalić plan.

Chłopaków?

Czy to znaczyło, że było ich więcej?!

– Plan… Ustalimy, ustalimy, chociaż jak cię znam, na pewno już coś wymyśliłeś – spróbował pochlebstwa, które padło na wyjątkowo podatny grunt.

Grześ Nawiązka poprawił kamizelkę i rozochocony przysunął krzesło. Miał w sobie mnóstwo zapału. Po prostu pracownik miesiąca. Czy raczej przestępca miesiąca, jeśli robili razem w tej samej branży, a jak na razie wszystko na to wskazywało.

– Mędruś, a od czego mnie masz?! Się wie, że wymyśliłem. Plany to moje życiowe powołanie. Ale najpierw robimy po twojemu. Dzisiaj szmery bajery szwajcarskie rowery i, jak było ustalone, ogrywasz starego w pokera – rzucił leciutko i już chciał roztaczać kolejne wizje, ale Mirek mu przerwał.

– Słucham?

Owszem, w pokera grywał, ale przecież nie: wygrywał! A w ogóle to dowiadywał się na swój temat różnych ciekawych historii. Jeśli prowadził w dwudziestoleciu jakieś życie równoległe, nieźle się w nim urządził. Poza tym był chyba dosyć znany, bo co chwila ktoś mu się kłaniał. Facet we fraku również. Zakaszlał, a potem pomachał znacząco cygarem, jakby dawał umówiony znak. Mirek skinął w odpowiedzi głową i wrócił do przerwanej rozmowy.

– Stary musi sięgnąć po złoto – ciągnął z determinacją rudzielec. – I ty go do tego zmusisz. W pokerze nie masz przecież sobie równych. Po ostatnich partyjkach staruszek się rozochocił, myśli, że z ciebie kiep, ale z tym już basta. Tylko nie przeholuj, Mędruś! Na początku pozwól mu trochę wygrać, ale potem udaj zrozpaczonego i obstaw folwark.

Znowu złoto. I Diebel, a do kompletu Czarna Zośka. O tym już słyszał. Ale co wspólnego z tą całą hecą miał elegancki starszy pan, tego Mirek nie pojmował.

Zaraz, co ten Nawiązka znowu wygaduje?

– Folwark? Mam obstawić folwark?!

– A jaki to folwark, bracie? Sam mówiłeś, że pora już skończyć z krowami. Ileż można hołdować wymionom…? Poza tym rządca zaczął kraść, musiałbyś nająć kogoś nowego. Ale o czym mowa, przecież wygrasz.

Aha, czyli do jego skromnego majątku doszła właśnie kolejna pozycja. Folwark. I co jeszcze? Może ujęcie ropy naftowej w ogrodzie na Zajączka? Z żalem pomyślał, że zaledwie wczoraj nie było go stać na alimenty. Zaraz, czy nie dałoby się stąd zabrać kilku milionów i przetransportować do przyszłości?

– Tylko tak to rozegraj, żeby Beniszewskiego ruszyła ambicja. I żeby odpowiedział kamienicą. Wiadomo, że prędzej dobędzie złota, niż odda dom. Zaprowadzi nas do kryjówki, a wtedy my…

Mirek westchnął. Prawda, jest przecież przestępcą. I to chyba złodziejem. Ciekawe, czym jeszcze się zajmował. Szulerka? Może jakaś afera korupcyjna z paliwami w tle? Te krowy i folwark nie przestawały go zastanawiać. Ale chyba nie handlował wściekłą wołowiną?!

– Ruszamy, Mędruś. – Nawiązka wstał, bo facet we fraku znowu zaczął wywijać cygarem. Przeszedł obok nich, spojrzał wymownie, a potem pomaszerował do kontuaru, przy którym znajdowały się schody na pięterko. Wdrapał się tam i znikł za drzwiami. – Powodzenia, bracie. I pamiętaj, zimna krew, tylko zimna krew. Do dzieła!

Zimną krew Mirek musiał zachować już teraz, bo Goliat skorzystał z chwili nieuwagi i postanowił zawrzeć bliższą znajomość z porcelanowym tygrysem, który rozpierał się pod ścianą. Najpierw uważnie mu się przyjrzał, potem, licząc na żywiołową reakcję, zaszczekał, a kiedy spotkał się z obojętnością, dziarskim krokiem podszedł do figury, zadarł nóżkę i odpowiedział tym samym.

Olał gościa.

margin

Zosia niby została uprzedzona, że w jej życiorysie zaistnieje ktoś taki jak Beczka.

Ale nie wiedziała, że należy to odczytywać dosłownie.

Kiedy grzecznie zapukały do mieszkania Danki, w środku rozległo się pełne pretensji „Czego tam?!”, a po chwili o ścianę gruchnęły rozwarte z impetem drzwi i pani Beczka ukazała się przed nimi w pełnej krasie.

Nazwisko pasowało do kobiety jak ulał.

Miała okrągłą, poczciwą twarz i mogłaby nawet uchodzić za niebrzydką, gdyby nie nos, który upodabniał ją do byczka Fernando. Był rozłożysty i wyposażony w dwie szerokie i przepastne dziury, aż dziw, że nie leciały stamtąd kłęby pary. Pani Beczka miała też ręce i nogi i te nie wyróżniały się niczym szczególnym, natomiast tułów tworzył z całą resztą mięsistą kulę, która pozostawała w nieustannym ruchu. Jeśli Zosia podejrzewała Dankę o ADHD, to teraz zyskała pewność, że mogło być gorzej. Na pani Beczce ruszało się niemal wszystko, a każdy z jej członków w rytm innej melodii. Ręce poprawiały loczki na blond grzywie, nogi rapowały, brzuch, chwaląc łąki umajone, wylewał się poza fartuch, a piersi – Danka poczuła się oszołomiona – pozbawione stanika piersi przetaczały się to w lewo, to w prawo, siaba da ba da, i nie mogły się zdecydować, czy osiąść na pępku, czy biodrze.

Gospodyni nie traciła czasu na czułe powitania, ale wycelowała spojrzeniem swoich świdrujących oczek w Dankę i wykrzyknęła:

– Łapserdak!
Danka jak stała, tak otworzyła buzię i dopiero po kilku chwilach wydukała:

– Jaki serdak? Gdzie?

– Łobuz! Łobuz, łotr, i łazęga. – Pani Beczka dostała jakiegoś amoku. Najpierw cała poczerwieniała, potem rzuciła się do okna i zaczęła wygrażać firance. – To łajdak!

– Ale kto? – Danka oprzytomniała i odważyła się wejść do środka, bo zapach spalenizny wciąż jednak był przejmujący. Uspokoiła się dopiero, kiedy zobaczyła otwarty piec, a w nim osmaloną brytfannę.

– Panny wchodzą. – Gospodyni pokazała na stół, co chyba oznaczało zaproszenie, więc Zosia zamknęła za sobą drzwi.
I z zaskoczenia unieruchomiło ją w miejscu.

Danka, jako dusza artystyczna, a do tego osoba ceniąca rozmach, urządziła swoje mieszkanie starannie, choć zwykle panował w nim nieprawdopodobny bałagan. Natomiast pani Beczka spokojnie puściłaby sanepid z torbami, bo z królestwa chaosu potrafiła zrobić miejsce schludne i czyściutkie do bólu, ale niepozbawione ciepła. Z korytarza wchodziło się od razu do kuchni, która niby jaśniała od bieli i błękitów, ale pełna była czegoś nieuchwytnego. Czegoś, co sprawiało, że chciało się tu usiąść i zostać na talerz rosołu.

Podobnie jak w ogródku przed domem każdy przedmiot miał tu swoje miejsce. Pod ścianą rozpierał się bielutki kredens zastawiony porcelaną i różnymi drobiazgami, w rogu stał niebieski okaflowany piec. Dalej stół, maszyna do szycia i jakaś decha z dwiema miskami pod kranem. A obok dziwna drewniana skrzynia. W oknach fikuśnie haftowane zasłonki i to, co Zosia lubiła najbardziej. Pelargonie. Całe mnóstwo. Kolorystycznie nawiązywała do nich czerwona podłoga, widocznie była w pakiecie całej kamienicy.

Danka patrzyła na to wszystko równie oniemiała jak jej siostra i z trudem łapała powietrze. W końcu została pozbawiona dachu nad głową.

– Jak to kto?! – Gospodyni aż się zachłysnęła. – Beczka przecie. Albo inaczej: Beczkowóz! Szynkwas by lepiej prowadził, a nie na kopalni robił, bo na tym najwięcej się wyznaje. Gorzałkę to nawet w kościele znajdzie, łachmaniach jeden. To łachura!

Zosia w sumie była zachwycona. Usłyszeć tyle wyzwisk i wszystkie na literę ł? Przywarła wzrokiem do wydatnych ust pani Beczki i w napięciu czekała na więcej. Nie zawiodła się.

– A mówiłam, że ma się nie wydalać!
Danka w oszołomieniu popatrzyła na siostrę i usiadła przy stole. Jej również zaczęło się udzielać. Oczami wyobraźni ujrzała małżonka Beczkowej, tego łotra i łobuza, który kuca na czerwonej podłodze i…

– Tylko na pół godzinki zaszłam do Gajdzikowej, żeby zaplanować toaletę. Tyle mu starczyło, łysej pale. I ja dla takiego rzuciłam stolicę!

Zosia natomiast pomyślała o emaliowanym nocniku na poddaszu i poczuła dla pana Beczki coś na kształt współczucia. Może miał parcie, może wynikła sytuacja kryzysowa i chłop nie zdążył. Takie rzeczy się dzieją. Tym bardziej w świecie, w którym cywilizowane WC pozostaje w sferze marzeń.

– Tu nie ma toalety? – upewniła się Danka, która teoretycznie znała przedwojenne realia, ale przeczuwała, że nowe doświadczenie pozostawi na jej psychice trwały ślad.

– Że jak? – Pani Beczka nie skojarzyła. Podparła się rękami i dopiero teraz obejrzała siedzącą przed nią dziewoję. I ten obrazek wcale jej się nie spodobał.

– Łazienki, kibelka, nie wiem… O prysznicu nie marzę, ale by się przydał.

– A tak konkretnie to o co się Dance rozchodzi? Może Zosia wie?

Beczka znowu je zakasowała – wymieniła ich imiona. Z tego chyba wynikało, że one już w tym świecie istniały. Jeśli tak, na uczelni i w muzeum wylądowały pewnie jakieś ich odpowiedniki!

Danka musiała się mocno wysilić, żeby uporządkować myśli, a w dodatku znaleźć inne określenie, które byłoby dla rozmówczyni zrozumiałe.

– Rozchodzi mi się o… wychodek.

– A Danka ma potrzebę? Jak tak, to na podwórko. Albo na górę. Nocnik tam przecie macie. Co mnie do tego?

– Bo mówiła pani o jakiejś Goździkowej…

– Gajdzikowej. Planowałyśmy dla jej bratowej suknię i bolerko – wyjaśniła Beczkowa i Dance dopiero teraz zaświtało, że pewne słowa mają tu zupełnie inne znaczenie.
Przecież „toaleta” określała całość kobiecego stroju, ale o co chodziło z wydalaniem, nadal nie pojmowała, choć na pewno i tę czynność należało odczytywać w nowym kontekście.
– Gajdzikowa, kobieta poczciwa z kościami, wiadomo. Ale te młode to mają tera przewróconą głowę. O! Tamta myśli chodzić w spodniach, a tu Danka odsztafirowała się jak… – Pani Beczka załamała ręce i zamilkła, a jej nozdrza rozdęły się w zgorszeniu. – Jakby z bele kim romanse chciała odstawiać – dokończyła, choć widać było, że zamierzała użyć zupełnie innych słów. – A tu takie wytworne suknie wchodzą do mód.

Wzdychając boleściwie, wyturlała się z kuchni, a Zosia z Danką za nią. Przecież to był
najprawdziwszy skarb! Musiały być blisko, słuchać, delektować się tym słowotokiem i nie uronić choćby sylaby.

„Poczciwa z kościami”?

„Przewrócona głowa”?

Od współczesności dzieliło je ponad osiemdziesiąt lat. Owszem, dialekt mandaryński
to to nie był, ludzi rozumiały, ale obcować z taką polszczyzną? Dzika przyjemność.

Pani Beczka, nieświadoma doznawanych w jej obecności rozkoszy lingwistycznych, zaprowadziła Zosię i Dankę przez pokój stołowy do ostatniego z pomieszczeń. Sądząc po wielkim małżeńskim łożu, szafach i toaletce, była to sypialnia, która dodatkowo służyła pani domu za coś w rodzaju pracowni. W rogu znajdowały się sterty materiałów, deska do prasowania i drewniany manekin, co pozwalało wnioskować, że gospodyni musiała być krawcową.

– I jak? Macie coś do wyrzucenia? – Z zadowoleniem podparła się pod boki i pokazała na szafę, gdzie wisiały dwie prześliczne suknie.

Jedna ze srebrzystego jedwabiu podszyta jakąś przezroczystą materią, druga z bordowej organdyny wykończona przy szyi maleńkimi kwiatuszkami.

Szyk i kwik w pegeerze to mało.

– Ale do jakiego wyrzucenia? Pani to chce wyrzucić?! – Danka uniosła w proteście ręce, a pani Beczka z irytacji aż sapnęła.

– Co też Dance dzisiaj dolega? A, prawda! Przecie wyście tu na czczych żołądkach. A Zosia jak się czuje? Zdrowa wreszcie? – rzuciła pytaniem, ale raczej nie liczyła na odpowiedź, bo już nadawała o czym innym. – Od tygodnia nosów z pokoju nie wystawiacie, aż się frasowałam, bo na zimnej kuchni to się długo nie pojedzie. Ale robotę miałam i myślę, co będę napierać. Dzisiaj tańce w urzędzie, po suknie traficie. I jak, nadadzą się?

Zosia starała się zapamiętać z tego dialogu jak najwięcej. Wyrzucenie, które Danka połączyła ze śmietnikiem, a które zapewne znaczyło tyle co „zarzuty”, również zostało wciągnięte na listę. Pytanie gospodyni o zdrowie nasunęło jej z kolei skojarzenie z lekarstwami, które widziała na stoliku. Na szczęście czuła się wybornie.

Wręcz znakomicie.

– Dawno nie widziałam takich śliczności. Sukienki są doskonałe – zapewniła Beczkową z uczuciem i porozumiała się z siostrą wzrokiem. Bordo to był kolor Danki, bez dyskusji. Z kolei Zosia, unikająca do tej pory szokowania ubiorem, stwierdziła, że nie chce się już dłużej zlewać z gruntem. Do brązów i zieleni tudzież innych barw z palety runa leśnego poczuła nagle szczerą awersję. Srebrna sukienka mrużyła filuternie oko i tyle obiecywała, że nie można jej było tak po prostu zignorować. – Możemy przymierzyć?

– A po cóż ja się mordowałam? Przymierzać, jasna rzecz, że przymierzać. I to raz dwa. Poprawki po obiedzie… A ta szelma potrafi się urwać nawet w niedzielę. Pasztet nastawiłam, mówię: nie wydalaj się. Choćby na krok. Pilnuj. To już! Ledwom znikła za rogiem. Poszedł! I tyle go widzieli. Szelma… Szelma, szuja i szubrawiec!

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska