Danka uparła się sprawdzić, czy chmiel faktycznie porasta brzegi Rawy, a że nie chciała być podczas tej czynności oglądana przez pół okolicy, wybrała na spacer porę wieczorową.

Zosi ten wybór wydał się kompletnie nietrafiony.

– Tam nie ma osiedla. I nie ma lamp. Po ciemku nic nie zobaczymy – przekonywała, ale siostra już założyła znaleziony w szafie sweter i chyba tylko gradobicie odwiodłoby ją od realizacji przedsięwzięcia.

– Czemu po ciemku? Dopiero siódma. Mamy dwie godziny, zanim się ściemni.

– Ale jaki chmiel? Jaki mak? – Zosia próbowała jeszcze protestować, ale zanim się obejrzała, już maszerowała drogą w kierunku przyszłego osiedla Tysiąclecia i musiała przyznać, że zaczynała ją palić ciekawość.

– Zaufaj mi. – Danka zajrzała siostrze głęboko w oczy, co przyniosło zupełnie odwrotny skutek.
Zosia zyskała pewność, że historia z wywarem zakończy się źle.

– A jeśli twój magiczny wywar nie zadziała? I Oskar będzie przytomny? Łóżko absolutnie odpada. Nigdy więcej. – Zatrzęsła się ze wstrętem.

– Zdaje się, że masz go uwieść.

– Ale chodziło o uwiedzenie w kontekście wyniesienia z domu złota. A nie: przespania się z obleśnym, zdradzieckim gadem.

– Proponuję, żebyś zaczęła zapuszczać włosy pod pachami. Na pewno się zniechęci. Podniesiesz rękę, a tu takie kłącza, że sikorki zaczną się zlatywać, żeby uwić gniazdo – błysnęła żartem Danka, ale Zosi nie było do śmiechu.

– Wszystkie kobiety są tu owłosione, brzytwą się przecież nie depilują – mruknęła, mijając dziewczynę niosącą kosz ziemniaków i przez chwilę intensywnie przyglądała się jej ledwie odsłoniętym łydkom. – Gillette zbije kiedyś kokosy.

– Jakie kiedyś? Ty nie patrz na chłopki – pouczyła Danka. – Maszynki do golenia są w powszechnym użyciu co najmniej od kilkunastu lat. A depilację woskiem wymyślili Egipcjanie. Tylko w średniowieczu fanatycy wcisnęli nas w worki pokutne i kiece po kostki. A teraz proszę. Kryzys, nie ma na materiały i moda staje się coraz krótsza. Wojna z owłosieniem się toczy, spokojna głowa. O! Wiem, co zrobić z Oskarkiem, żeby cię nie chciał nawet dotknąć – doznała kolejnego z cyklu chybionych olśnień i Zosia cała ścierpła.

– Tak? Słucham. Tylko stopniuj napięcie, żebym nie padła na serce.

– Powiesz mu, że masz zrosty wewnątrzmaciczne – oznajmiła z zadowoleniem Danka. – I koniecznie używaj słowa „endometrioza”. Jak najczęściej. To na nich działa jak płachta na byka. Serio, serio.
– Nabijasz się, a czwartek za dwa dni. Wystarczy, że pomyślę, że jestem z nim sam na sam w przedpokoju, i już mi niedobrze, a co dopiero kiedy mowa o sypialni.

– Nabijam się? A próbowałaś powiedzieć heteroseksualnemu facetowi, że masz jajowody? Albo że co miesiąc złuszcza ci się nabłonek? Nie? To co ty wiesz o życiu, kochana… Ale wywar zadziała, bez obaw – dodała uspokajająco.

– A skąd weźmiesz mak?

– Od pani Adeli. Już jej wspomniałam, że będę tworzyć serum prawdy.

– Proszę?

– Serum prawdy. – Danka wyglądała na kogoś, kto wyśmienicie się bawi. – A co, powinnam jej powiedzieć, że chcemy ululać jednego takiego napalonego kolesia? Nic się nie bój. Wróżka Danuta warzy tylko sprawdzone mikstury. Zapiecek.pl.

– Chyba zenua.pl.

– Czy ty musisz być taka dosłowna i akuratna? Nawet tutaj? Zachłyśnij się. W czwartek Wenus wejdzie w sekstelację z Bykiem, miliony gwiazd utworzą opozycję do… I tak dalej. O ja cież pierdykam! – wyrwało się Dance, bo właśnie dotarły nad staw Maroko.

W okolicach ulicy Piastów, przy której Zosia mieszkała przez cały czas trwania małżeństwa, zastały powierzchnię płaską jak placek po węgiersku – w charakterze sosu występowały płytkie kałuże i bajorka, a za wkład mięsny robiły kaczki. Całość porastały pojedyncze karłowate drzewka, które w pobliżu stawu przechodziły w falujące połacie trzciny wodnej. Sam staw był dużo większy, na pobliskiej górce stały mikroskopijne chatki i stodoły wsi Sośnina, a za rzeką pasły się najprawdziwsze mleczne krowy.

Zosia z Danką obeszły w dzikiej ekstazie całe Maroko, a kiedy emocje związane z penetracją zieleni wiejskiej wreszcie opadły, rzuciły się na chmiel, który rzeczywiście rósł na jednym z brzegów. Zosia miała wątpliwości, czy do wywaru nie powinno się wykorzystać świeżych roślin zbieranych w słoneczny dzień, ale wróżka (łamane przez zielarka) Danuta uznała, że w herbatkach ziołowych wykorzystuje się susz. Do domu wracały więc z całymi naręczami ziela, które zalatywało małym piwkiem. Zdrówko!

– Susz. Ale gdzie to chcesz suszyć? – spytała zasadniczym tonem Zosia, kiedy stanęły już na podwórku i dumały, co zrobić z tak pracowicie rozpoczętym wieczorem.

– Raczej podsuszać. Do czwartku wielkich efektów nie będzie. Ale położymy na słońcu, żeby nie wdała się pleśń. Chyba że chcesz, żeby Oskarek spleśniał?

– Wolałabym, żeby sczezł. Cokolwiek to znaczy. Ale sam z siebie, nie chcę go mieć na sumieniu.

– Sczezł – powtórzyła ze smakiem Danka. – Sam z siebie? Niby tak, ale gdyby na przykład taka siekierka – wskazała na narzędzie oparte o drzwi chlewika – sama z siebie zorała mu czaszkę, chyba nie miałabyś nic przeciwko? Sczezł… Piękne. Dobra, włażę na chlewik. W podobnym pewnie trzymali Diebla. Lubię chlewiki.

– Że co?! – Zosia z przerażeniem objęła wzrokiem murowany budyneczek, który liczył sobie tylko dwa niskie piętra, ale dwa piętra to jednak nie parter.

– Gdzieś te zielska muszą się prażyć, a dach mamy na wyciągnięcie ręki. Poza tym powinnam poćwiczyć.

– Ćwicz na szafie, jeśli masz chęć. Ale szopę może sobie daruj – zasugerowała. – I w ogóle jakie „ćwiczyć”?

– Zwróciłaś uwagę, jakie okna są na Zajączka? – pospieszyła z wyjaśnieniami Danka. – Cały parter okratowany, można się bez problemu wspinać. A wspinaczka z tym – wypięła biust – to nie takie hop-siup. Rozłożę chmiel i przy okazji nabiorę wprawy. Nie gap się, tylko organizuj siostrze drabinę.

Zosia westchnęła, a króliki w chlewiku, mądre stworzenia, wraz z nią. Potem jednak wyczuły, że kroi się większa impreza, bo zamiast siedzieć jak trusie, zaczęły skakać po klatce, fikać koziołki i kicać, aż roztrzeszczały się wszystkie deski.

Tymczasem nad Królewsko-Hucką zawisł księżyc.

Dorodny jak ząbek czosnku w żurku pani Adeli.

Powoli nadchodziła noc.

margin

Mieli w swoich szeregach chemika!

Mirek nie bardzo ogarniał, po co taka persona w złodziejskiej szajce, ale narada, jaką zarządził po południu Nawiązka, wywarła na nim spore wrażenie. Oprócz chemika i kasiarza ich szeregi zasilało jeszcze dwóch wywiadowców i jeden przekupiony policjant. Podobno wysoki rangą urzędnik, który nie pojawił się jednak na zebraniu. Jak to ujął Nawiązka: czuwał za kulisami.

Na spotkaniu omówiono plan domu Edyty i opracowano szczegółowy zakres obowiązków. Z włamaniem wciąż czekano na stosowną chwilę, a w jej ustaleniu mieli pomóc chłopcy, którzy od kilku dni obserwowali kamienicę.

O wyznaczonej na czwartek schadzce Mirek nie pisnął ani słowa.

Najzwyczajniej o niej zapomniał.

Za to po zebraniu zasugerował Nawiązce, że w sumie można by pojechać do Dębu. Kiedy w południe rozstawał się z dziewczynami, były na lekkim gazie, chciał więc zyskać pewność, że dotarły do domu całe i zdrowe. Nawet nie musiał specjalnie tłumaczyć rudzielcowi celu wyprawy. Nawiązka błysnął z uciechy oczami, zakrzyknął ochoczo: „Się wie!” i już był gotowy do drogi.

Najpierw jednak zajrzeli do sklepu pana Gajdzika, gdzie Mirek zamówił czerwone wino, a potem podjechali pod kamienicę Zosi. Tyle że w mieszkaniu nikogo nie zastali. Pukanie usłyszała za to pani Adela i nie przyjmując słów protestu, zgarnęła miłych młodzieńców i pieseczka na żurek.

Tu dane było zrozumieć Mędrzyckiemu, jak funkcjonował świat bez Internetu.

Bo funkcjonował.

I to całkiem nieźle.

Ale był tak barwny i intensywny, że człowiek przyzwyczajony do impulsów elektronicznych musiałby mieć czas, żeby się przestawić.

W ciągu godziny przez kuchnię gospodyni przewinęło się kilkoro ludzi, którzy zajrzeli tylko „na chwilkę”. Każdy serdeczny i każdy witany docinkami Beczkowej, która rekompensowała złośliwości makowcem albo śledzikami w śmietanie. Mirek przysłuchiwał się jakiś czas tym sąsiedzkim pogawędkom, po czym stwierdził, że on – dziecko dwudziestego pierwszego wieku – zna układ okresowy pierwiastków, ma również do perfekcji opanowanego Microsoft Excela, ale za cholerę nie wie, kto mieszka na jego piętrze. Kojarzył co najwyżej twarze, ale tylko osób posiadających psy. Jednocześnie surfując po Facebooku, mógł sobie obejrzeć nową łazienkę kolegi (zresztą ostatnio widzianego w dzieciństwie), który nacisnął magiczny przycisk „dodaj do znajomych” i na tym ich zażyłość się kończyła.

Poza tym trzeba przyznać, że w jego kawalerce nigdy nie było tak wesoło.

Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy do kuchni wparował kolega pana Błażeja z akordeonem – oczywiście już od progu uraczył ich śląską przyśpiewką. Pani Adela nie chciała być gorsza i przy tej okazji pochwaliła się, że należy do chóru świętej Cecylii działającego przy tutejszej parafii. Jak łatwo się domyślić, w ciągu następnego kwadransa poznali jego wszystkie popisowe numery. W międzyczasie do akordeonu dołączyła mandolina, bo pan Błażej był zagorzałym fanem tego instrumentu, a pani Beczka rozkręciła się na dobre i nie zważając na hałas, wykrzyczała, że należy również do Towarzystwa Polek. Kiedy zaczęła wyłuszczać cele stowarzyszenia, Nawiązka wychylił się przez okno, uniósł w niedowierzaniu brwi, a potem dał Mirkowi tajemny znak.

Byli uratowani.

– Mędruś, a zerknij, bo może mnie ślepia mylą. – Grześ zaciągnął go na półpiętro i pokazał na chlewik.

Mirek również zastanawiał się, czy dobrze widzi.

Na skraju dachu, podświetlona ząbkiem księżyca, balansowała kobieta.

A raczej gibała się to w przód, to w tył, bo obfity biust ewidentnie przeszkadzał jej w zachowaniu równowagi.

– Idziemy. – Grześ przyczaił się jak jamnik pod krzakiem, a Goliat warknął cicho, lecz z pogardą. – Tylko bokiem. Tak, żeby nas nie widziały.

margin

– Nie wiem. Ale chyba też się cieszę, że nas nie przeniosło – wyznała Zosia, kiedy została już zwolniona z podtrzymywania siostrze kupra.

Danka podciągnęła spódnicę, wykonała z niej wokół talii coś na kształt paska i dopiero teraz mogła swobodnie przebierać na drabinie nogami.

– Ooo – wyraziła zdziwienie. – A co się stało, że zmieniłaś zdanie?

– Nie chcę być znowu stara. – Zosia po raz kolejny przypomniała sobie wyraz twarzy Mędrzyckiego, kiedy zobaczył ją nagą, i to wspomnienie zamierzała pielęgnować w pamięci po kres swych dni.

– Zapewniam cię, że jak będziesz mieć sześćdziesiątkę, stwierdzisz, że czterdziestki to woniejące kwiaty. Zawsze chce się więcej i nie docenia tego, co teraz.

– Właśnie doceniam. I chcę, żeby ta chwila trwała.

– Młodsza siostra da ci radę – zdecydowała Danka i stanęła wreszcie pewnie na dachu. – Tak na wszelki wypadek, gdybyśmy jednak wróciły. Ze starością masz tylko dwa wyjścia. Walczyć do końca życia o lasce i być nieszczęśliwa, ale i tak pomarszczona, bo walka nic nie da, a na twoją tragedyjkę, oprócz zaprzyjaźnionego psychiatry, nikt nie zwróci uwagi…

– Albo się pogodzić – dokończyła z ponurą rezygnacją Zosia.

– Owszem. Pogodzić się. Ale skoro do rozwoju cywilizacji i tak nic nie wniesiesz, a jeśli chodzi o operacje plastyczne, z twojej pensji stać cię tylko na wenflon, to co się łamiesz? Starość w końcu dopada każdą kobietę. Każdą, bez wyjątku. Tylko że ludzie dzielą się na dwie grupy. Na takich, którzy mają całe życie przed sobą, i na tych, co zawsze, bez względu na wiek, mają życie za sobą. Przed sobą – powtórzyła i usiłowała potrząsnąć krągłościami – i za sobą. Przed sobą i…

– A ty chcesz być znowu płaska?

Siostra wykonała kolejny karkołomny wyrzut, po czym siarczyście zaklęła.

– Tak! Chyba zaczynam chcieć. Czemu ten cholerny biust mnie nie słucha? Skacze tak, że już mam obite migdałki. I zaczynam rozważać przeszczep kręgosłupa.

– Rzuć te zielska i złaź. Bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę.

– A w życiu! Lepiej daj mi cegłę. Leżą przy szopie – zarządziła Danka i dla równowagi zatrzepotała rękami.

– Co ci dać?!

– Cegłę! Muszę mieć przecież jakąś przeciwwagę.

– Jaką przeciwwagę, przecież do tyłka jej sobie nie przykleisz.

– Do tyłka nie, ale do majtek…?

Danka nie czekała, od razu wprowadziła pomysł w czyn. Rechocąc, chwyciła podaną cegłówkę i nadziała nią bieliznę, która pewnie by tej operacji nie przetrzymała, gdyby nie spódnica i wykonany z materiału pas.

– Ha! I jak nie można, jak można?

– Szajbnięta jesteś. – Zosia również zaniosła się śmiechem.

Z tym że śmiech w wykonaniu Danki, a siostra zawsze śmiała się całym ciałem, spowodował kolejne drgawki popiersia, które w efekcie doprowadziły do katastrofy. Nadwyrężane od kilku dni ramiączka stanika nie wytrzymały.

Puściły.

I uwolniły dobrodziejstwo inwentarza, który bez skrępowania opadł na żeberka.

W tej samej chwili przy szopie coś skrzypnęło.

– Kto tam? – zapytała przestraszona Zosia, ale zaraz usłyszała głos Mirka i nie musiała się już niczego bać.

Ale Mędrzycki nie przybył sam.

– To tylko my.

– Jacy my?! – Danka miała złe przeczucia i chętnie zakryłaby biust, ale wtedy spadłaby na dziób albo wystąpiła w charakterze zwiewnego motyla, co przy tym obciążeniu było raczej mało prawdopodobne.

Jej obawy okazały się słuszne.

Z półmroku padło nieśmiałe:

– Grześ Nawiązka.

I Danka zamarła.

Półmrok nie przeszkodził bowiem rudzielcowi w odnotowaniu wszystkich krępujących detali. Jak choćby podwozia królowej chlewika, bo spódnica przytrzymująca cegłę niczego nie zakrywała, i wypuszczonych na wolność piersi, z których jedna podążała dziarsko ku drabinie, a druga toczyła się majestatycznie w kierunku komina.

Nawiązka mlasnął nieprzyzwoicie i jaśniejąc od uwielbienia oznajmił:

– Mówiłem, że jedwabna. Po prostu jedwabna kobieta…

„Pisz więcej takich książek!" Joanna Chmielewska