– Cześć, jak miło, że dzwonisz – zaczął, ale po chwili serce mu zamarło, bo w słuchawce usłyszał…
ZUZĘ!
I niestety znowu cały wszechświat zawirował, a nogi Marchewki zrobiły się miękkie jak po wypiciu wszystkich zapasów alkoholu w lokalu piętro niżej.
– O… – Zuza nie powiedziała nic więcej, lecz ucho Marchewki wychwyciło tę niesamowitą mieszankę zaskoczenia, ulgi i radości.
Cisza zaczynała się jednak krępująco przedłużać.
I kiedy tak się przedłużała i przedłużała, Marchewka stwierdził, że wytrzyma. Bo czyż nie należały mu się zwyczajne słowa wyjaśnienia?
Zamiast tego usłyszał:
– A tak w ogóle, dlaczego powiedziałeś, że nie pójdziesz na urlop tacierzyński?
– Ja tak powiedziałem?!
– Kiedy rozmawialiśmy o dzieciach… Ewentualnych oczywiście – dodała pospiesznie. – I wtedy oznajmiłeś, że nie ma mowy. Dokładnie takim głosem. – Zaczęła go przedrzeźniać: – Urlop tacierzyński?
Co za głupota! Nie ma mowy…
Marchewka zastanawiał się w takich chwilach – a Zuza zawsze potrafiła go zaskoczyć – czy smyra go w wątrobie czy w śledzionie. Tej ostatniej nie umiał zbytnio umiejscowić, ale może smyrało go we wszystkich narządach naraz?
Podobnie czuł się podczas wspinaczki na Rysy.
– Podtrzymuję – rzucił twardo, jednak czym prędzej zaczął tłumaczyć: – Nie o to chodzi, że nie zamierzam ci… nie zamierzałem pomagać. To jest oczywiste. Mogę karmić, przewijać i tak dalej. To nie jest żaden dyshonor, tylko pomoc. Ale pomoc a etat to różnica.
– Czyli co?! – Zuza już zamierzała ruszyć do ataku, więc ją ubiegł.
– Czyli jestem ojcem, a ty matką. I nie mów o równouprawnieniu, bo w równouprawnieniu nie chodzi o to, żeby facet biegał w szpilkach – wytoczył odważnie argument, ale stwierdził, że rozmowa przez telefon gwarantuje mu bezpieczeństwo, dlatego ciągnął dalej: – Różnimy się. I to jest dobre. Życie to różnorodność, impulsy i zmiany, a nie zlane wszystko w jedną masę. Jest kobieta i jest mężczyzna. Rolą matki jest się opiekować dzieckiem, a rolą mężczyzny jest się opiekować rodziną. Jak mam cię chronić, skoro chcesz, żebym się trząsł nad każdą kupką?!
– Kupki akurat są bardzo ważne! – Zuza obstawała przy swoim, chociaż jakby z mniejszym zapałem.
– Tak? A lekarz? Pediatra. Też jest ważny?
– No raczej…
– A kto na niego zarobi? Ty?
– Skoro mężczyzna idzie na urlop tacierzyński, to chyba po to, żeby kobieta mogła pracować?!
– Tak? A pięćdziesiąt telefonów w trakcie pracy? Znam cię… I tu wracamy do naszej różnicy. Mężczyzna potrafi złapać dystans. Ma do wykonania konkretne zadanie i traci z oczu całą resztę. Ma w nosie telefony i ból brzuszka. Działa. Pracuje. WALCZY! A nie ciągle myśli o dziecku…
Igła pokazał mu uniesiony w górę kciuk, ale Zuza tylko ciężko westchnęła.
– Halo? – sprawdził, czy się nie rozłączyła.
– Jestem.
– Czemu się o to kłócimy? – próbował łagodzić. – Przecież ostatnio tak źle mówiłaś o dzieciach…
– Bo mi podciąłeś skrzydła i wyrzuciłeś z gniazda pisklęta.
– Przecież tłumaczę… – znowu usiłował ją przekonać, a wtedy Zuza powiedziała coś, co go zmroziło:
– Dobrze, chyba rozumiem. Powiedzmy, że chwilowo straciłam zapał do rozmnażania. Ale kiedy pomyślę o Edku, zaczynam rozumieć, że mogłabym mieć syna, chociaż to głupie…
– Edek?… A więc grupa adoratorów rośnie? – Zaśmiał się, może odrobinę zbyt złośliwie. – Gratuluję. Szkoda tylko, że Pan Bibelot poszedł tak szybko w odstawkę, nieźle się zapowiadał… Po co w ogóle do mnie dzwonisz?! – Ostatecznie się zirytował.
– Nie dzwonię do ciebie, knypku nizinny, tylko do twojego kolegi – wycedziła. – Ale łudziłam się, że otrzeźwiałeś. Bardzo dobrze, że sobie porozmawialiśmy. Przynajmniej wiem, że chcesz słuchać tylko siebie. Finito!
– Adieu!
Tak, niedociśnienie to była przeszłość.
W towarzystwie Zuzy wrzały w nim wszystkie soki, całe szczęście, że nie był zagrożony chorobą wieńcową.